środa, 25 czerwca 2014

Dywizjon 101

Nie ma lekko zespół De/Vision - nie dość, że szerszemu gronu zapewne nie znany wcale, to jeszcze ci, którzy już czelność znać mają, przyszyli lat temu wiele mu łatkę klona Depeche Mode. Oszukiwać się nie ma co - tak właśnie zaczynali lat wstecz dobre ponad dwadzieścia, niemniej - lata minęły, styl wyewoluował, a łatka jakoś tak przez zasiedzenie się została...


De/Vision w zeszłym roku obchodzili ćwierćwiecze powstania swego, nic więc dziwnego, że płyt w tym czasie zdążyli napłodzić już naście, składak też niejeden mają na swym koncie. Ostatnie tego typu ichnie wydawnictwo światło dzienne ujrzało w 2006 roku, a że ostatnio w łapska swe dorwałem wersję winylową, to się popastwię, jak to tylko ja potrafię.


Płyta "Best Of..." w wersji CD różni się dość znacznie od wersji winylowej. Kompaktówka zawiera 2 płytki - na pierwszej podstawowy materiał, na drugiej remixy. Winylowa - analogowo :) - na pierwszej single, na drugiej remixy. Gdzież więc różnica? Ano, jak wiadomo - czarne płyty nie mieszczą tyle materiału, co ich młodsze i mniejsze cyfrowe rodzeństwo kompaktowe, zaszła więc konieczność zawartości nieco ociosania. Winylowa wersja "Best Of..." to w zasadzie takie trochę "Best Of Best Of" - wybrano na pierwszą płytę najlepsze 9 utworów z wersji kompaktowej, natomiast druga płyta to już unikatowe i specjalnie dla tej wersji wybrane remixy. Początkowo byłem nieco zaskoczony takim wyborem - skoro i tak wydają na dwóch winylach, to dlaczego nie zmieścić na nich całości materiału z pierwszej - podstawowej - płyty CD? W szaleństwie zapewne jakaś metoda tkwiła, wybrano bowiem naprawdę te najlepszości same. Pośród nich - promujący wydawnictwo i specjalnie na nie przygotowany utwór "Love Will Find A Way".


I to jest bardzo dobry utwór idealnie pokazujący w czym chłopaki z De/Vision są dobrzy. Przyjemny synth-pop na wysokim poziomie, często podszyty grubą nicią melancholii. Nic dziwnego, że fani DM podłapali szybko muzykę D/V - mnóstwo w tym syntezatorowej elektroniki, na początku lat dziewięćdziesiątych jeszcze bardziej przypominającej dokonania Martina Gore'a i spółki. W dodatku D/V pojawili się w momencie, gdy Depesze zaczęli swe płyty wydawać co 4 lata, więc był to idealny środek pozwalający przetrwać ten czas do następnego albumu DM. A z takimi utworami jak "I'm Not Dreaming Of You" nie było to znów aż takie trudne.


Zawsze się w takich momentach zastanawiam jak to jest, że taka muzyka nie przedarła się mocniej do świadomości ludzkiej, tylko egzystuje gdzieś na krańcach muzycznego świata, zapełniając niszę wariatom słuchającym elektroniki. Czyżby sama machina promocyjna miała aż takie znaczenie? Zdaję sobie sprawę, że muzyka elektroniczna wciąż nie jest najpopularniejsza w mainstreamie, ale na litość - toż to naprawdę całkiem niezłej (na klawiaturę pcha mi się uparcie słowo "solidnej") jakości pop. Przecież już Depesze grunt lata temu przygotowali dla tego typu muzyki wprowadzając ją na salony pod koniec lat osiemdziesiątych. No i dlaczego takie kawałki jak "The End" są znane wciąż nielicznym?


Świetna to płyta, bo zaiste upchnięto na niej to, co D/V najlepszego od czasu przedostatniej składanki upichcili. Obok tych nowszych rzeczy pojawiają się również i te starsze, jak pochodzące z końca lat dziewięćdziesiątych "Foreigner" i "Strange Affection" - tu już mam wrażenie, że przypominają Depeszów zdecydowanie bardziej.


Nad drugą płytą z remixami znęcał się nie będę, bo prawdę mówiąc szczególnością nie grzeszą. Ot, raz przesłuchałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Trochę mi tu właśnie brak jest dwóch rzeczy z drugiej płyty wydania kompaktowego "Best Of...": utworu "Still Unknown" w remixie Andrew Segi z zespołu Iris (o którym też pewnie za czas jakiś coś popiszę) - rzecz jest tak przepiękna (w popowej konwencji, rzecz jasna), że mocno mi emocjami szarpie i targa. Gdy to usłyszałem po raz pierwszy lat temu osiem, miałem na Winampie na ciągłym powtarzaniu. Do tej pory przeuwielbieniem darzę.


No, mieć to na tym winylu i już więcej nic nie chcę. No, prawie. Wspominałem bowiem o dwóch elementach na tej płycie, których brak mi szczególnie. Drugim z nich jest drugi specjalnie na ten składak przygotowany nowy utworu "Breathless". Ślicznie by było, no. Ale i tak jest bardzo piątka.


Sam bym pewnie jeszcze inaczej ułożył listę utworów bestówki De/Vision, bo twórczość ich znam całkiem niezgorzej i wiem doskonale jak wiele skarbów uszętom ciepłych się czai na ich płytach. Może kiedyś coś i o tym popiszę, bo mają chłopaki w swych zbiorach zaiste perły synth-popu.


A De/Vision w rok po wydaniu tejże "Best Of..." nagrali najlepszą moim zdaniem swoją płytę "Noob". Ale o tym to przy okazji gdzieś tam kiedyś...

niedziela, 15 czerwca 2014

Krwawy sport

W zamierzchłych latach osiemdziesiątych, gdy kreślący słowa te miał radosne lat raptem kilka, wielkim hitem na kasetach wideo był właśnie tytułowy "Krwawy sport", w którym napakowany i wysportowany Jean Claude Van Damme naparzał po dziobach złych panów w imię zasad, dobra i miłości pięknej kobiety. Ile kaset zdarliśmy do cna oglądając film ten z kumplami na magnetowidach - my jeno liczbę tą znamy. Na pamięć znaliśmy ciosy, choć powtórzyć ich nie było sposób. Niewątpliwego uroku dostarczał również niemiecki dubbing w jaki kopie nasze były wyposażone najczęściej. Piękne to były czasy, jak zwykł mawiać Mistrz Bałtroczyk.


Dobre ponad dwadzieścia lat później jeden z bandów, które uwielbiać raczę wydaje - po ponad dekadzie przerwy - album zatytułowany "Bloodsports". By wątpliwości rozwiać - jedyny jest to ciąg skojarzeniowy ze wspomnianym filmem, prosty i dość dosłowny. Więcej przywołany tu raczej nie będzie, a służył jedynie ukazaniu tej prostej prawdy, że jakoś notkę zacząć zawsze trzeba.

Suede to zespół dość szczególny i to nie tylko z tego względu, że jako jedyny może poszczycić się tym, że posiadam pełną jego dyskografię studyjną, zarówno na płytach CD jak i na winylach czerniawych (nawet Depesze najukochańsi moi tego zaszczytu póki co nie dostąpili). Wybuchli we wczesnych dziewięćdziesiątych zdobywając ogromną popularność i uznanie, głównie w Wielkiej Brytanii. Polska nigdy nie była bastionem wielbiących ich fanów, niemniej sądzę, że sympatyków niemało by się u nas podówczas znalazło. Wydali wtedy 5 płyt studyjnych: trzy pierwsze były na piedestałach ku uciesze gawiedzi wystawiane, dwie ostatnie natomiast - coraz bardziej przez krytykę od czci odsądzane. Skończyło się więc tak, że rok po wydaniu płyty "A New Morning" - w 2003 roku zespół zawiesił działalność.


Cisza studyjna trwała lat dziesięć. Wcześniej jednakże coś się w obozie Suede zaczęło dziać wskazującego, że będzie dobrze. Od około 2010 roku znów zaczęli koncertować, wydali jakąś the-best-ówkę, potem się okazało, że coś tam piszą sobie nowego i zaczynają to nagrywać. Bomba wybuchła w styczniu 2013, gdy udostępnili za darmo pierwszy utwór z płyty - "Barriers". Ja byłem oczarowany - było tak jak gdyby dziesięcioletniej przerwy nigdy nie było:


Obraz upływ dziesięciu lat niestety już zdradza - Bretta Andersona ząb czasu dał radę już nieco pokąsać (jako wokalista jednak będzie poddany głównie tu osądowi, ale taka już dola wokalistów niestety, że na świeczniku zawsze). Dzięki Bogu, że głos nie poddaje się takim czasu prawidłom jak wygląd zewnętrzny i brzmi Brett wciąż wspaniale, zarówno wspinając się w wysokie partie wokalne, jak i zjeżdżając depresyjnie w doły najniższe. A umie on to jak mało kto. Może nikt nawet.


Miesiąc po "Barriers" ukazał się pierwszy pełnoprawny singiel z płyty - "It Starts And Ends With You" - i początkowo mego entuzjazmu już tak mocno nie wzbudził. Dojrzał jednak dość szybko (a może to ja dojrzałem?) i w tej chwili jest to jeden z moich z tej płyty faworytów. Zachwyconym, gdy Anderson schodzi swym głosem w mroczne niziny śpiewając o wyciekającym życiu. Mniam. Gitary dźwięczą jakby wciąż trwała w najlepsze połowa lat dziewięćdziesiątych. Czasu wehikuł jak ta lala.


Mimo obaw, że powrót po dekadzie może służyć jedynie próbie odcinania kuponów, okazuje się, że płyta "Bloodsports" wcale taką się nie jawi. Co ciekawe - chociaż ich granie i sposób tworzenia kompozycji nie zmienił się jakoś szczególnie przez te lata, całość brzmi zadziwiająco świeżo, a takie rzeczy jak kolejny singiel - "Hit Me" - spokojnie mogłyby się znaleźć na ich najlepiej sprzedającym się albumie "Coming Up" z 1996 roku.


Fajne w tej płycie jest to, że w każdym utworze można znaleźć to coś, co urzeknie. W "Sabotage" - utworze jakich pozornie Suede ma wiele - jest to na przykład dwa razy grane w drugiej połowie utworu gitarowe solo. Uwielbiam, wzlatuję i odpływam w momencie, gdy to solo wchodzi. Jest pięknie.


Jeśli już miałbym się czegoś czepiać w tej płycie i to tak naprawdę na siłę, to głównie braku jakiegoś monumentalnego wolnego kawałka w stylu "The 2 Of Us", "The Wild Ones" czy "Still Life". Gdyby pojawiło się coś takiego, byłaby to płyta naprawdę genialna. Wciąż jednak pozostaje płytą bardzo dobrą.


Jak wiele bardzo dobrych płyt w mej kolekcji, również i tą posiadam i w wersji cyfrowej i analogowej. Czym się oczywiście już chwaliłem, ale co tam - jest to wg mnie całkiem niezgorsza rekomendacja. Jeśli wpadnie Wam gdzieś w oko ta płyta, a w dodatku w latach dziewięćdziesiątych rozpływaliście się przy "The Wild Ones" lub skakaliście do "Trash" - bierzcie płytę "Bloodsports" w ciemno. Wszelkie późniejsze skargi i zażalenia można potem umieszczać w komentarzach do posta w godzinach od 8 do 15. 

O Suede z całą pewnością na tym blogu będzie jeszcze nie raz i nie dwa. Bo to z całą pewnością zespół wart przedstawienia szerszemu gronu czytelników tegoż bloga. W szalonej liczbie dwóch (słownie: dwóch). Ależ ze mnie optymista niepoprawny...

A na zakończenie klasyczne Suede z ostatniej płyty - "Snowblind":


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Cud, MUTE i cukiereczki

Erasure. Dziwny to zespół. Niby w drugiej połowie lat 80-tych i pierwszej 90-tych tłukli hit za hitem, a długograje ichnie obowiązkowo lądowały na pierwszym miejscu w Zjednoczonym Królestwie (a wtedy znaczyło to naprawdę wiele), a łapę dam sobie uciąć, że kojarzy ich mało kto. I wcale nie chodzi tu o to, że od czasu ich ostatnich sukcesów właśnie bije druga dekada, bo drugą z łap pod topór kładę, że i te dwadzieścia lat wstecz niewielu (przynajmniej w naszym kraju pięknym) ich znało trochę bardziej, niż na zasadzie "aaaaa... słyszałem to w radiu... jak oni się nazywają?". No właśnie. Na domiar złego ta nazwa, która fonetycznie się układa w coś w stylu "jurejżyr" - no nie ma jak ich skojarzyć i spamiętać.

A ja znam. Można by pomyśleć, że mi łatwiej było, gdyż jeden z założycieli Erasure - Vince Clarke - był wcześniej również założycielem moich ulubieńców - Depeche Mode. Niemniej jednak w momencie Erasure'owatej muzyki ulubienia tego faktu byłem jeszcze nieświadom. Pierwszy bowiem z nimi kontakt miałem w 1989 roku: na komunijnym prezencie - magnetofonie (nie, nie był to słynny Kasprzak, ale też coś polskiego to było, Diora jakaś czy cuś...) nagrałem sobie z radia kilka ich piosenek, nie wiedząc zupełnie kto oni są. Po prostu mi to w ucho zapadło i tyle. Później dopiero, gdy zacząłem bardziej studiować historię Depeszów, wyszły owe koligacje niemal rodzinne ze współtwórcą Erasure.


Dla mnie od zawsze Erasure był takim "singlowym" zespołem. Single - szczególnie te z lat 80-tych - zamiatały uszęta dokumentnie swoim chwytliwie cukierkowatym syntezatorowym brzmieniem. Płyty ich natomiast już mi tak płynnie się w ucho nie wlewały. Owszem, oprócz singlowych kawałków zawsze się na płycie trafiły ze dwa fajne numery, ale to tyle. Podobnie mam z Pet Shop Boys - single świetne (znów - w szczególności te z 80-tych), płyty natomiast - różnie. Dlatego też jeżeli chodzi o Erasure mam w swej kolekcji głównie single, składankę typu The Best Of i jedną płytkę studyjną. I składanka właśnie przyczynkiem jest notki tejże.


Dwupłyt zatytułowany "Total Pop! - The First 40 Hits" ukazał się już lat temu pięć, a i ja sam posiadam go już lat kilka. Niemniej niedawno sprawił mi był on niespodziankę. Przyjemną. Zanim jednak o niej, troszeńkę o samym składaku. Dwie płyty, z których pierwsza pokrywa okres od roku 1985 do 1992, druga natomiast reprezentuje lata 1994 - 2007. Jak wspomniałem, lata 80-te zdecydowanie obfitsze były dla Erasure w hitowe single i pierwsza płyta jest w zasadzie takim samograjem - od początku do końca samego radosne mniej lub bardziej granie syntezatorowe z wokalem Andy'ego Bella, potrafiącego śpiewać bardzo nisko, ale i w falset uderzyć ładnie jest mu dane. Bo umie. Moim najulubieńszym z tego składu jest "You Surround Me". Genialny, przeuwielbieniem darzę niezmiennie od lat. Fantastyczne osiemdziesiąte.



Kolejny z tamtego okresu utwór, który mi serduchem i uszami zawładnął niepomiernie, to pochodzący z 1991 roku "Chorus". Pamiętam jak bardzo wtedy podobał mi się klip do tego kawałka, ale sam utwór po tysiąckroć jest lepszy. Kojarzy ktoś? No właśnie, a hicior to był wtedy niewąski.


Potem już nastały i się rozsiadły wygodnie lata 90-te, które okazały się być zmierzchem sukcesów Erasure. W roku 1994 ukazał się album "I Say I Say I Say" będący ich największym sukcesem komercyjnym, wraz z przebojowymi singlami "Always" i "Run To The Sun". Otwierają one drugą płytę składanki. Zdecydowanie preferuję drugi z nich. A, i w ramach ciekawostki: srebrnym chłopakiem w tym klipie jest sam Jason Statham, znany choćby z filmów "Przekręt" ("Snatch"), "Adrenalina" ("Crank") czy serii "Transporter".



A później się zaczęło u chłopaków psuć. Znaczy się sprzedażowo, komercyjnie. Płyty wciąż wydawali, acz rzadziej (co też zapewne miało wpływ na ich słabszą sprzedaż). Zaczęli też kombinować z brzmieniem i samymi kompozycjami, które przestały być tak lekko w ucho lecące. Chociaż wciąż zdarzały im się takie perły jak "Fingers And Thumbs". Hit to to nie był może zbyt wielki, ale piosnka podoba mi się szalenie.


I tak bym wstawiał i wstawiał te klipy bez końca niemal. Lubię takie brzmienie elektroniczne, co dziwnym wszak nie jest. Do tego ichnie kompozycje są naprawdę kwintesencją takiego przyjemnego synth-popu, tacy trochę bracia bliźniacy Pet Shop Boys właśnie. Mniej znani bracia bliźniacy. Brzmi to może nieco jak jakieś "guilty pleasure" dla mnie, i chyba nieco jednak bliżej jest tego typu twórczości do Modern Talking niż do Depeche Mode, ale poradzić nic na to nie mogę, że bardzo mi się ta ich singlowa twórczość podoba i towarzyszy mi od lat. Niemniej pora już chyba najwyższa do sedna podejść, znaczy się - do wspomnianego przyczynku powstania tego postu.


Drugą płytę z tego zestawu od zawsze traktowałem nieco po macoszemu. Jak pisałem - od 1995 roku szczęście Erasure do pisania chwytliwych melodii (bo teksty to oni zawsze mieli jakieś takie dziwnawe) było takie dość losowe. Pierwszej płyty z zestawu mogłem słuchać od początku do końca, bez przeskakiwania utworów, z drugą już tak różowo nie było. W odtwarzaczu gościła rzadko, mogła w zasadzie liczyć głównie na szczęśliwe strzały losowego odtwarzania w Winampie. A przy ponad 8 tysiącach utworów w mojej playliście określenie "szczęśliwy strzał" naprawdę oznacza to co ma oznaczać. No i właśnie dni temu kilka taki strzał się przydarzył. Los wskazał na utwór "Here I Go Impossible Again", który ma faktycznie taki nieszczególnie szczęśliwy początek, dlatego najczęściej zanim się utwór zdążył na dobre rozkręcić, już go przełączałem. Tym razem tak się nie stało. I - kurczę - jestem oczarowany. Mam pełną świadomość, że to nie jest jakaś muza przeambitna i głęboka, ale ujęła mnie i pociągnęła mocno. Do tego stopnia, że w zasadzie od tych kilku dni słucham niemal tylko tego utworu. Piszę "niemal", bo postanowiłem dać szansę kolejnemu utworowi znajdującego się przed "Here I Go Impossible Again", czyli "Don't Say You Love Me". I teraz sobie lecą oba te kawałki u mnie na zmianę.



Napełniają mnie oba te utwory jakimś takim niebezpiecznie melancholijnym nastrojem, więc ostatnie parę dni jestem w takim stanie dziwnie zamyślonym. Bardzo kojarzą mi się z jakimiś takimi niezdefiniowanymi, ale z pewnością szczęśliwymi chwilami, gdzieś tam kiedyś... Nie potrafię ich złapać, uchwycić, wiem tylko, że już minęły.

To ponudziłem. Dobrze, że Vince Clarke założył Depeche Mode i dobrze, że z niego odszedł po nagraniu pierwszej ich płyty. Wystarczy tego lukru na debiucie DM. No i trochę jeszcze na drugiej płycie, siłą rozpędu tak nieco chyba. Dobrze, że założył Erasure i się w nim wspaniale spełnia. Oby jeszcze wiele takich radosnych kawałków z Bellem dostarczali. Howgh.

P.S. Cud - bo muza cudna, cukiereczki - bo, wiadomo, cukierkowata ta muza. A czemu MUTE? Bo chłopaki nagrywają dla wytwórni MUTE właśnie.

środa, 9 kwietnia 2014

Insynuacja jest prosta: Królowa jest tylko jedna.

Nie bardzo wiem jak notkę zacząć. Może to ciężar legendy, z której opisaniem planuję się tu zmierzyć? Niby mnie nigdy takie dylematy nie dotykały, ale może tym razem...

Chyba nie ma takiego odważnego, który by zespołu Queen nie darzył jakimiś pozytywnymi emocjami czy odczuciami. Nawet jeśli komuś twórczość ichnia niespecjalnie leży, to szacunkiem jakimś i estymą minimalną chociaż ich darzy. Osobiście Queen znam głównie z singlowych przebojów i dwóch ostatnich płyt studyjnych nagranych jeszcze za życia Freddiego: "The Miracle" i "Innuendo". Dziś sobie poopowiadamy bajki o drugiej z nich.



Cudowniejszego epitafium nie mógłby sobie Freddie Mercury wymarzyć. Ostatnia za jego życia płyta macierzystej kapeli to dzieło ze wszech miar wybitne, niemal idealne. Brzmi podniośle, monumentalnie. Wokal Mercury'ego przecudny i wielki, ciężko wręcz uwierzyć, że to były ostatnie miesiące jego życia. Ale show musi trwać...


Ileż w nim jeszcze było siły i chęci, by śpiewać takie teksty. I to w taki sposób. Choroba odebrała mu już co prawda większość sił, więc klipy do "Show Must Go On" i "Innuendo" to w zasadzie kolaże klipów z przekroju całej kariery Queen, ale mimo wszystko udało mu się wykrzesać te resztki energii, by osobiście pojawić się w dwóch obrazach promujących tą płytę. "I'm Going Slightly Mad" idealnie oddaje obrazem tekst utworu, jednocześnie pokazując jak wszechstronnym człowiekiem był Freddie. A gdy śpiewa niskim głosem jak to zaczyna mu ździebko odwalać - ciężko mu nie wierzyć...


Zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków Queen ever, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Końcówka - "and there you have it" - i obowiązkowo ciary mkną po ciele.

Najbardziej jednak poruszającym obrazem z tamtego okresu jest klip do "These Are The Days Of Our Lives". Tu już widać jak na dłoni wyniszczającą chorobę Mercury'ego. Kolejny - obok "Show Must Go On" - tekst traktujący o przemijaniu. I, co ciekawe, żaden z nich nie został napisany przez Freddiego. Piękny utwór, śliczny. Patrząc jak na końcu Freddie mówi "I still love you" naprawdę trudno się nie wzruszyć. Mi się chce wyć za każdym razem. Ale przy tym albumie mam tak bardzo często. Łzy mają wtedy swoje święto.


Nieprawdopodobnym zdaje się, że pod tą grubą warstwą makijażu starającą się ukryć widoczne symptomy choroby ten facet wciąż się dobrze bawił. Nic na pół gwizdka, we wszystko co robił wkładał całego siebie.


Trochę od tyłka strony poszedłem, bo "Show Must Go On" jest ostatnim utworem na płycie, na koniec zaś zostawiłem sobie otwierający płytę utwór tytułowy. Znów się teraz będę w zachwytach rozpływał, więc jak macie dość, to możecie odpuścić czytanie, bo obawiam się, że tak już będzie do końca notki. "Innuendo" wspaniałym utworem jest i dwóch zdań na ten temat nie ma. Muzycznie bardzo rozbudowany i różnorodny. Uwodząco działa na mnie szczególnie jego mroczny początek. No i ten wokal. Rany, jak pomyślę, że facet był trawiony przez choróbsko i umierał, a przy tym był w stanie nagrać tak wokalnie (nie tylko wokalnie zresztą) wspaniałą płytę. Na kolana normalnie, wszyscy. I do tego ten pojechany klip.


Znów pobrzmiewa Queen-owe flirtowanie z muzyką operową, znów w jednym tylko utworze dzieje się tyle, ile czasem nie dzieje się na całych płytach innych wykonawców. Znów obowiązkowo ciary. Znów zmysły przeciążone do granic przy końcowym "till the end of time".


Płyta - ideał. Bez słabości nawet najmniejszych. Wypunktowałem jeno single, a przecież są tu takie cuda i perły jak "Ride The Wild Wind" czy "Bijou". Dwanaście utworów brzmiących niczym "The Best Of", a nie płyta wieńcząca karierę zespołu. Tym bardziej więc cieszy, że japoński oddział wytwórni Universal przygotował wydanie tej płyty (a także wszystkich pozostałych z katalogu Queen) w formie iście królewskiej. Wydanie to jest w formacie SHM-SACD, co przekłada się na brzmienie niedostępne dla zwykłych płyt CD. Kosztuje niebotycznie dużo (wraz z przesyłką z Japonii kosztowała mnie ta płyta niemal półtorej stówki i ponad miesiąc nerwowego oczekiwania), ale jest tego warta. Szkoda, że nagranie jest tylko w stereo, a nie w wersji wielokanałowej, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Na półce mej ponadto gdzieś się jeszcze pałęta winyl wydany przez polski MJM, lecz jakość dźwiękowa tegoż placka zbyt szczególną nie jest, więc jedynie odnotowuję stan posiadania.



To jedna z tych płyt, które mnie skłaniają do refleksji "co by było gdyby". Jak wyglądałyby kolejne płyty Queen, gdyby Mercury nadal żył, skoro muzycznie byli wtedy na fali ewidentnie wznoszącej i potencjał był przeogromny. Niestety, tego już się nie dowiemy. Ogromnie szkoda. Niby wiem, że na własne życzenie niejako jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, ze smutnym finałem w szczególności. Niemniej jak sobie pomyślę, co jeszcze mogliby nagrać, co jeszcze moglibyśmy usłyszeć, nic nie poradzę na to, że serce mi krwawi.

P.S. Notka ewidentnie skupiona na Freddie'm, z praktycznie kompletnym pominięciem pozostałych chłopaków z zespołu. Sorki, panowie. Przy następnej o Was notce się poprawię.

wtorek, 8 kwietnia 2014

MUS nieco elektryczny

Zdarzyło mi się nieraz wcielać w wyimaginowaną rolę czytelników bloga owego i doszedłem do wniosku, że wyzwaniem niemałym jest przedzieranie się przez treść tegoż. Brzmię bowiem w postach kolejnych niby jakiś radośnie naćpany jegomość, któremu wszystko, co się tylko na uszy nawinie, jawi się jako objawienie cudowi bliskie. Zdało mi się to być nierealnym nieco - nie wszystko wszak wokół nas jest aż tak cudowne, piękne i w ogóle och ach, by jedynie w tego typu opinie osąd swój owijać. Dziś więc będzie o płycie solidnej, acz nie cudownie boskiej. Dobrej, bardzo nawet, ale czy genialnej? Ciężko jest mi póki co to stwierdzić, gdyż uszęta me katuję nią od dni raptem nastu.


Zespół MUSE bardzo lubię i szanuję, acz uwagę mą mocniej zwrócił dość późno, bo dopiero w 2006 roku przy okazji singla "Starlight", a był to już dwunasty rok bytności zespołu na scenie światowej i okolice czwartej ich płyty. Znaczy - wiedziałem i słyszałem co nieco o nich już wcześniej, ale dopiero "Starlight" zwróciło me ucho na nich wnikliwiej. Do tego stopnia, że uważam utwór ten za ich dzieło - zda się - najwybitniejsze. W mej ocenie najskromniejszej, rzecz jasna. Posłuchajcie jak to kręci. Mistrzostwo świata.


Od tamtej pory karierę ich śledzę wnikliwiej, płyty kupuję i w ogóle. Niemniej jednak ostatnie ich dzieło studyjne - płyta "The 2nd Law" z 2012 roku - jakoś mnie nie zainteresowało szczególnie. Ani "Survival", będący pierwszą jaskółką zwiastującą nowy krążek i do tego jeszcze promującą Igrzyska Olimpijskie z 2012 roku w Londynie, ani kolejny, "właściwy" singiel - "Madness" - mnie nie zachwyciły ani nie sprawiły, że się kolejną studyjną płytą Muse zainteresowałem. Błąd mój. Nie pierwszy zresztą i zapewne nie ostatni.

Szansę kolejną płyta owa otrzymała przy okazji filmu "World War Z". Film nieszczególny, zwłaszcza jak się "The Walking Dead" ogląda. Niemniej typ ze mnie taki, że uwagę na muzykę w filmie zwracam niemałą. I tu mnie muzyka dość mocno zainteresowała, więc napisy końcowe filmu zmęczyłem, by dowiedzieć się, że Muse właśnie dostarczyło ze swej płyty ostatniej instrumentalne wersje swych dwóch utworów. Niemniej zbyt mało to było, bym płytą się żywiej zainteresował. Musiała ona zaczekać na kolejny wypadków splot szczęśliwy.

Nawinął się takowy całkiem niedawno. Okazało się, że cena płyty do dwudziestu złotych polskich bez grosza jednego opadła (co stanowi ok. 40 % ceny dotychczasowej), uznałem więc (w końcu), że nabyć warto. Oj, warto.



Szczurza morda - płyta to zaiste solidna. Bez fajerwerków i zbędnego się podniecenia, ale naprawdę nie ma się do czego na tymże krążku się przyczepić. Może trochę niepotrzebne wydaje się wydzielenie takich instrumentalnych fragmentów jak "Prelude" czy "The 2nd Law: Unsustainable", ale - tak prawdę mówiąc - gdyby stanowiły część poprzedzających je utworów, to w samej muzyce nic by to nie zmieniło. Jedynie układ utworów na płycie zmniejszyłby się do jedenastu. A czy to aż tak ważne? No nie. Właśnie.



Jak już się przebrnie pierwsze, nieco przekombinowane "Supremacy", to się zaczyna przebojowa jazda. "Madness", które po pierwszym przesłuchaniu jakoś mię nie uwiodło, teraz zarządza i zdaje się być jeśli nie najlepszym, to z całą pewnością najbardziej przebojowym utworem na płycie. Czad na maksa. Słuchawki na uszy i jazda. Serio. Głos Bellamy'ego intrygująco uwodzi jak zwykle.


W tle pobrzmiewają elektroniczne pobrzęki, dzięki którym płytę tą część recenzentów określiła jako "Muse sprzedało się dubstepowi". Bzdura oczywiście, ale kto recenzentom zabroni. W kolejce następny czeka "Panic Station", który bez wysiłku najmniejszego zaprzecza temu bezsensownemu zaszufladkowaniu.



Fajnie, że przy okazji tejże płyty Muse jeszcze silniej flirtują z elektroniką, którą osobiście bardzo lubię i uważam, że na tym właśnie krążku sprawdził się ten mariaż świetnie. Nawet ten "Survival", który od początku mi się nie widział i tak prawdę mówiąc trochę mi "skreślił" na dzień dobry tą płytę, fantastycznie się na niej sprawdza. Jeśli jakiś zespół ma być odpowiednikiem Queen w XXI wieku - niech będzie to Muse - "Survival" wydaje się to potwierdzać dobitnie. Jeśli jakiś zespół ma być monumentalny - niech będzie to właśnie Muse, nie U2 czy Coldplay (które bardzo lubię, ale które już wyczerpały swą formułę w tym temacie). Olimpijskie "Survival" jest tego najlepszym  argumentem. Pobrzmiewają w nim echa Queen-owych "Bohemian Rhapsody" czy "Innuendo", o plagiacie czy kopii jednak nie może być w żadnym wypadku mowy. Jeśli jakiś zespół aspiruje na chwilę obecną do miana wielkiego, jest nim właśnie Muse.


Płyta "The 2nd Law" zarządza. Trzeba tylko było dać jej szansę. Lepiej późno niż wcale, mawiają. Racja, powiadam. Kolejna płyta katowana w mym samochodzie. Nie nudzi się, różnorodna, cały czas daje czadu. Żałuję niemało i często, że nie uczestniczyłem w żadnym koncercie Muse jak dotąd, choć okazje były. Mam nadzieję nadrobić. Żegnam się jednym z mych najulubieńszych z płyty - "Big Freeze":


P.S. Tak, wiem, że "Muse" wcale nie znaczy "mus". I co z tego? :)
P.S.2. Szlag. Znów wyszedł ociekający zachwytem bełkot. Nie umiem inaczej o muzyce, którą uwielbiam. No nie umiem.

poniedziałek, 24 marca 2014

Zatopiony świat

Od momentu, gdy zacząłem ździebko poważniej ogarniać tego bloga (co wcale nie oznacza, że go z jakąś niemożebną powagą ogarniam, co to to nie, widać przecie), wiedziałem, że o tej płycie będę chciał napisać. Wróć. Będę musiał napisać. Bo to jedna z płyt mych najulubieńszych.


Madonna - bo to właśnie nad jej płytą będę się w tejże notce pastwił - na samym początku uderzyła silnie. Singlem promującym jej najlepszy - mym skromnym zdaniem - album został subtelny "Frozen", okraszony mrożąco elektronicznymi dźwiękami. Do cudnej piosenki klip stworzył Chris Cunningham, który swe wizualne wyuzdanie i chore wizje później sprzedawał z efektem niesamowitym m.in. Aphex Twinowi czy formacji Leftfield. Dla Madonny również stworzył dzieło genialnością dorównujące utworowi, o niesamowicie onirycznym klimacie:


Po tak rewelacyjnej zapowiedzi spodziewałem się, że okaże się "Frozen" najmocniejszym punktem na nowej płycie - "Ray Of Light" - wydanej w 1998 roku. Jakże mocno się myliłem. William Orbit, który był głównym producentem płyty, pomógł Madonnie stworzyć przecudnej urody przestrzenie dźwięków elektroniką głównie acz delikatnie podszyte. Kompozycje na płycie w szczęśliwej liczbie trzynastu są niesamowicie mocne, w zasadzie niemal każda z piosenek ma potencjał na stanie się przebojowym singlem, których zresztą z tejże płyty - obok "Frozen" - wykrojono jeszcze cztery. Ja mam tylko dwa :)


Trzecim w kolejności i jednocześnie prześlicznie otwierającym płytę jest "Drowned World/Substitute For Love". Jedna z moich najwspanialszych, najulubieńszych, najcudniejszych pieśni ever. Zakochajcie się, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście:


Ślicznie, nieco trip-hopowo, z delikatnie pobrzemiewającą elektroniką. To jeden z tych utworów, których po 16 już latach mogę słuchać na okrągło, bez przerwy i bez najmniejszego znużenia. Tak jest piękny. 


Takie mocne otwarcie płyty to trochę strzał w kolano, bo po przesłuchaniu palec nieodmiennie wciska "repeat". Na szczęście cała płyta jest bardzo równa i przy tym bardzo mocna. Jak już wspomniałem - na singlach ukazało się 5 numerów z tej płyty, ja osobiście dokonałbym nieco innego wyboru utworów, niemniej spokojnie można by z tej płyty ponad połowę utworów wydać na tzw. "małych krążkach". Ehhhh.... Rok 1998, w którym single jeszcze znaczyły niemało:


A co się na single nie załapało, a warte tego było? Nieco żywsza, lecz wciąż piękna część płyty - "Skin" czy "Sky Fits Heaven" chociażby. To niby wciąż pop, ale jednocześnie wspaniałe utwory na naprawdę wysokim poziomie - i kompozycyjnym,  i tekstowym,  i w końcu realizatorskim.


I tak można o tej płycie bez końca. Każdy z utworów można pokazać, poopowiadać o nim i się pozachwycać. Nawet takimi słabszymi fragmentami jak "Candy Perfume Girl" czy "Shanti/Ashtangi". A takie perły jak "Little Star" łamią serce i dźwiękami cudnymi i tekstem. Znów jak w "Drowned World" robi się trochę trip-hopowo, znowu spokojnie i pięknie. Można oczęta zamknąć i ulecieć.


To był ogromny sukces Madonny, komercyjny i artystyczny. Kilkanaście milionów sprzedanych płyt, 4 nagrody Grammy. Później Madonna już nigdy tak nie brzmiała. Zaczęła uciekać w klubowo-dance'owe rytmy, gdzie chyba się nieco zagubiła. Szkoda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nagra coś na miarę "Ray Of Light". Byłbym wniebowzięty.


Tak, dobrze widzicie. Mam tą płytę i na winylu i na CD. Dlaczego? Bo to nieprawdopodobnie wspaniała płyta jest.

środa, 12 marca 2014

Spłukany

Się przerwa porobiła niemała... Trzy miesiące plus okład. I weny brak jakoś było, i z czasem nie za wesoło. Najmniej ważne. Ważne, że z powrotem się coś dzieje.



Bardzo tak lubię. Że łapię płytę z półki w sklepie w ciemno nieomal i potem jest takie "wow", że się naprawdę zacnie wybrało. A stało się to znowu tygodni temu naście, oko me przykuł mały box z dwoma płytami dwojga wykonawców: Washed Out i Junior Boys. Obie nazwy mi coś mówiły, od każdego po kawałku czy remixie znałem. Cena: 22.50 PLN. No nie ma o czym mówić nawet. A potem wyszło, że to naprawdę inwestycja była z tych udanych. I to bardziej. Dżunior Bojsi tak mi się średniawo spodobali i do teraz śpią sobie od tygodni wielu na półeczce nietykani. Z Washed Out sprawa zaś się ma zgoła odmiennie...

Washed Out - czyli inaczej pana Ernesta Greene'a jako Wikipedia podpowiada - znałem wcześniej z dwóch ledwie utworów. Pierwsze zetknięcie miało miejsce przy okazji darmówek udostępnianych przez 7digital.com - udostępnili mnóstwo już czasu temu utwór "Eyes Be Closed", który zainteresowanie me zyskał, acz o rzucaniu na kolana nie było wtedy mowy wcale...


I proszę - się mi okazało teraz nawet, że klip do tego kawałka ukręcał pan Timothy Saccenti, tenże sam, który paluchy umaczał w zeszłym roku przy klipie "Heaven" Depeszów. Te Depesze to mi się zawsze gdzieś wcisną. No, zawsze.

No więc taki to sobie względnie uszętom przyjemny i spokojem przepełniony utworek. Miły. Tak jak napisałem - peanów pochwalnych na cześć jego nie kroiłem, ale nazwę Washed Out dzięki niemu zapamiętałem. Później jeszcze mi się gdzieś w uszu okolice zapałętał utwór "Amor Fati", ale dziwnym trafem uwagi mej wtedy nie zyskał wcale. Szalenie to dziwnym i ciekawym się mieni, bo na płycie "Within And Without", którą w opisywanym boxie nabyłem, już mnie kupił zupełnie. Takoż ładnie, takoż elektronicznie, skoczniej może ciut nieco, ale wciąż w klimatach takich bardziej wyciszających niż do tańca. I tak to to leci:


Cała płyta w takich właśnie nastrojach nieszalonych i wyluzowanych słuchacza utrzymuje. Elektroniką pan Greene operuje bardzo sprawnie i fantastycznie mi się tego słucha. Gdzieniegdzie pobrzmiewają echa jakich by się Ulrich Schnauss chociażby na swych wydawnictwach nie powstydził - kawałek "Soft" brzmi zresztą niemalże jakby sam Ulrich go zaaranżował:


Szalenie to pozytywna płyta, a apogeum swe osiąga - mym zdaniem skromnym - dokładnie w jej połowie, kiedy to nadchodzi czas na "Far Away". Cudowny utwór, piękny. Na okrągło go mogę, bez przerwy i bez poczucia przesytu. Ależ smutno i ślicznie. Jak te dzwoneczki przy refrenie pięknie ciągną całość, mniam. Na okrągło.



Cała więc płyta jest okraszona takim właśnie spokojem emanującym z poszczególnych jej składników. Uwielbiam jej słuchać w zasadzie niezależnie od nastroju, nawet w samochodzie (gdzie jednak najczęściej preferuję coś jednak żywszego). Idealny wręcz soundtrack do sobotniego poranka w pościeli z ukochaną osobą (doskonale dobrana okładka płyty i zdjęcia we wkładce).



Jeśli więc gdzieś kiedyś nazwa ta Wam mignie lub okładkę takową ujrzycie - zaprawdę powiadam Wam: warto monetę wysupłać i nabyć. Howgh.