Od momentu, gdy zacząłem ździebko poważniej ogarniać tego bloga (co wcale nie oznacza, że go z jakąś niemożebną powagą ogarniam, co to to nie, widać przecie), wiedziałem, że o tej płycie będę chciał napisać. Wróć. Będę musiał napisać. Bo to jedna z płyt mych najulubieńszych.
Madonna - bo to właśnie nad jej płytą będę się w tejże notce pastwił - na samym początku uderzyła silnie. Singlem promującym jej najlepszy - mym skromnym zdaniem - album został subtelny "Frozen", okraszony mrożąco elektronicznymi dźwiękami. Do cudnej piosenki klip stworzył Chris Cunningham, który swe wizualne wyuzdanie i chore wizje później sprzedawał z efektem niesamowitym m.in. Aphex Twinowi czy formacji Leftfield. Dla Madonny również stworzył dzieło genialnością dorównujące utworowi, o niesamowicie onirycznym klimacie:
Po tak rewelacyjnej zapowiedzi spodziewałem się, że okaże się "Frozen" najmocniejszym punktem na nowej płycie - "Ray Of Light" - wydanej w 1998 roku. Jakże mocno się myliłem. William Orbit, który był głównym producentem płyty, pomógł Madonnie stworzyć przecudnej urody przestrzenie dźwięków elektroniką głównie acz delikatnie podszyte. Kompozycje na płycie w szczęśliwej liczbie trzynastu są niesamowicie mocne, w zasadzie niemal każda z piosenek ma potencjał na stanie się przebojowym singlem, których zresztą z tejże płyty - obok "Frozen" - wykrojono jeszcze cztery. Ja mam tylko dwa :)
Trzecim w kolejności i jednocześnie prześlicznie otwierającym płytę jest "Drowned World/Substitute For Love". Jedna z moich najwspanialszych, najulubieńszych, najcudniejszych pieśni ever. Zakochajcie się, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście:
Ślicznie, nieco trip-hopowo, z delikatnie pobrzemiewającą elektroniką. To jeden z tych utworów, których po 16 już latach mogę słuchać na okrągło, bez przerwy i bez najmniejszego znużenia. Tak jest piękny.
Takie mocne otwarcie płyty to trochę strzał w kolano, bo po przesłuchaniu palec nieodmiennie wciska "repeat". Na szczęście cała płyta jest bardzo równa i przy tym bardzo mocna. Jak już wspomniałem - na singlach ukazało się 5 numerów z tej płyty, ja osobiście dokonałbym nieco innego wyboru utworów, niemniej spokojnie można by z tej płyty ponad połowę utworów wydać na tzw. "małych krążkach". Ehhhh.... Rok 1998, w którym single jeszcze znaczyły niemało:
A co się na single nie załapało, a warte tego było? Nieco żywsza, lecz wciąż piękna część płyty - "Skin" czy "Sky Fits Heaven" chociażby. To niby wciąż pop, ale jednocześnie wspaniałe utwory na naprawdę wysokim poziomie - i kompozycyjnym, i tekstowym, i w końcu realizatorskim.
I tak można o tej płycie bez końca. Każdy z utworów można pokazać, poopowiadać o nim i się pozachwycać. Nawet takimi słabszymi fragmentami jak "Candy Perfume Girl" czy "Shanti/Ashtangi". A takie perły jak "Little Star" łamią serce i dźwiękami cudnymi i tekstem. Znów jak w "Drowned World" robi się trochę trip-hopowo, znowu spokojnie i pięknie. Można oczęta zamknąć i ulecieć.
To był ogromny sukces Madonny, komercyjny i artystyczny. Kilkanaście milionów sprzedanych płyt, 4 nagrody Grammy. Później Madonna już nigdy tak nie brzmiała. Zaczęła uciekać w klubowo-dance'owe rytmy, gdzie chyba się nieco zagubiła. Szkoda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nagra coś na miarę "Ray Of Light". Byłbym wniebowzięty.
Tak, dobrze widzicie. Mam tą płytę i na winylu i na CD. Dlaczego? Bo to nieprawdopodobnie wspaniała płyta jest.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz