W zamierzchłych latach osiemdziesiątych, gdy kreślący słowa te miał radosne lat raptem kilka, wielkim hitem na kasetach wideo był właśnie tytułowy "Krwawy sport", w którym napakowany i wysportowany Jean Claude Van Damme naparzał po dziobach złych panów w imię zasad, dobra i miłości pięknej kobiety. Ile kaset zdarliśmy do cna oglądając film ten z kumplami na magnetowidach - my jeno liczbę tą znamy. Na pamięć znaliśmy ciosy, choć powtórzyć ich nie było sposób. Niewątpliwego uroku dostarczał również niemiecki dubbing w jaki kopie nasze były wyposażone najczęściej. Piękne to były czasy, jak zwykł mawiać Mistrz Bałtroczyk.
Dobre ponad dwadzieścia lat później jeden z bandów, które uwielbiać raczę wydaje - po ponad dekadzie przerwy - album zatytułowany "Bloodsports". By wątpliwości rozwiać - jedyny jest to ciąg skojarzeniowy ze wspomnianym filmem, prosty i dość dosłowny. Więcej przywołany tu raczej nie będzie, a służył jedynie ukazaniu tej prostej prawdy, że jakoś notkę zacząć zawsze trzeba.
Suede to zespół dość szczególny i to nie tylko z tego względu, że jako jedyny może poszczycić się tym, że posiadam pełną jego dyskografię studyjną, zarówno na płytach CD jak i na winylach czerniawych (nawet Depesze najukochańsi moi tego zaszczytu póki co nie dostąpili). Wybuchli we wczesnych dziewięćdziesiątych zdobywając ogromną popularność i uznanie, głównie w Wielkiej Brytanii. Polska nigdy nie była bastionem wielbiących ich fanów, niemniej sądzę, że sympatyków niemało by się u nas podówczas znalazło. Wydali wtedy 5 płyt studyjnych: trzy pierwsze były na piedestałach ku uciesze gawiedzi wystawiane, dwie ostatnie natomiast - coraz bardziej przez krytykę od czci odsądzane. Skończyło się więc tak, że rok po wydaniu płyty "A New Morning" - w 2003 roku zespół zawiesił działalność.
Cisza studyjna trwała lat dziesięć. Wcześniej jednakże coś się w obozie Suede zaczęło dziać wskazującego, że będzie dobrze. Od około 2010 roku znów zaczęli koncertować, wydali jakąś the-best-ówkę, potem się okazało, że coś tam piszą sobie nowego i zaczynają to nagrywać. Bomba wybuchła w styczniu 2013, gdy udostępnili za darmo pierwszy utwór z płyty - "Barriers". Ja byłem oczarowany - było tak jak gdyby dziesięcioletniej przerwy nigdy nie było:
Obraz upływ dziesięciu lat niestety już zdradza - Bretta Andersona ząb czasu dał radę już nieco pokąsać (jako wokalista jednak będzie poddany głównie tu osądowi, ale taka już dola wokalistów niestety, że na świeczniku zawsze). Dzięki Bogu, że głos nie poddaje się takim czasu prawidłom jak wygląd zewnętrzny i brzmi Brett wciąż wspaniale, zarówno wspinając się w wysokie partie wokalne, jak i zjeżdżając depresyjnie w doły najniższe. A umie on to jak mało kto. Może nikt nawet.
Miesiąc po "Barriers" ukazał się pierwszy pełnoprawny singiel z płyty - "It Starts And Ends With You" - i początkowo mego entuzjazmu już tak mocno nie wzbudził. Dojrzał jednak dość szybko (a może to ja dojrzałem?) i w tej chwili jest to jeden z moich z tej płyty faworytów. Zachwyconym, gdy Anderson schodzi swym głosem w mroczne niziny śpiewając o wyciekającym życiu. Mniam. Gitary dźwięczą jakby wciąż trwała w najlepsze połowa lat dziewięćdziesiątych. Czasu wehikuł jak ta lala.
Mimo obaw, że powrót po dekadzie może służyć jedynie próbie odcinania kuponów, okazuje się, że płyta "Bloodsports" wcale taką się nie jawi. Co ciekawe - chociaż ich granie i sposób tworzenia kompozycji nie zmienił się jakoś szczególnie przez te lata, całość brzmi zadziwiająco świeżo, a takie rzeczy jak kolejny singiel - "Hit Me" - spokojnie mogłyby się znaleźć na ich najlepiej sprzedającym się albumie "Coming Up" z 1996 roku.
Fajne w tej płycie jest to, że w każdym utworze można znaleźć to coś, co urzeknie. W "Sabotage" - utworze jakich pozornie Suede ma wiele - jest to na przykład dwa razy grane w drugiej połowie utworu gitarowe solo. Uwielbiam, wzlatuję i odpływam w momencie, gdy to solo wchodzi. Jest pięknie.
Jeśli już miałbym się czegoś czepiać w tej płycie i to tak naprawdę na siłę, to głównie braku jakiegoś monumentalnego wolnego kawałka w stylu "The 2 Of Us", "The Wild Ones" czy "Still Life". Gdyby pojawiło się coś takiego, byłaby to płyta naprawdę genialna. Wciąż jednak pozostaje płytą bardzo dobrą.
Jak wiele bardzo dobrych płyt w mej kolekcji, również i tą posiadam i w wersji cyfrowej i analogowej. Czym się oczywiście już chwaliłem, ale co tam - jest to wg mnie całkiem niezgorsza rekomendacja. Jeśli wpadnie Wam gdzieś w oko ta płyta, a w dodatku w latach dziewięćdziesiątych rozpływaliście się przy "The Wild Ones" lub skakaliście do "Trash" - bierzcie płytę "Bloodsports" w ciemno. Wszelkie późniejsze skargi i zażalenia można potem umieszczać w komentarzach do posta w godzinach od 8 do 15.
O Suede z całą pewnością na tym blogu będzie jeszcze nie raz i nie dwa. Bo to z całą pewnością zespół wart przedstawienia szerszemu gronu czytelników tegoż bloga. W szalonej liczbie dwóch (słownie: dwóch). Ależ ze mnie optymista niepoprawny...
A na zakończenie klasyczne Suede z ostatniej płyty - "Snowblind":




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz