Się przerwa porobiła niemała... Trzy miesiące plus okład. I weny brak jakoś było, i z czasem nie za wesoło. Najmniej ważne. Ważne, że z powrotem się coś dzieje.
Bardzo tak lubię. Że łapię płytę z półki w sklepie w ciemno nieomal i potem jest takie "wow", że się naprawdę zacnie wybrało. A stało się to znowu tygodni temu naście, oko me przykuł mały box z dwoma płytami dwojga wykonawców: Washed Out i Junior Boys. Obie nazwy mi coś mówiły, od każdego po kawałku czy remixie znałem. Cena: 22.50 PLN. No nie ma o czym mówić nawet. A potem wyszło, że to naprawdę inwestycja była z tych udanych. I to bardziej. Dżunior Bojsi tak mi się średniawo spodobali i do teraz śpią sobie od tygodni wielu na półeczce nietykani. Z Washed Out sprawa zaś się ma zgoła odmiennie...
Washed Out - czyli inaczej pana Ernesta Greene'a jako Wikipedia podpowiada - znałem wcześniej z dwóch ledwie utworów. Pierwsze zetknięcie miało miejsce przy okazji darmówek udostępnianych przez 7digital.com - udostępnili mnóstwo już czasu temu utwór "Eyes Be Closed", który zainteresowanie me zyskał, acz o rzucaniu na kolana nie było wtedy mowy wcale...
I proszę - się mi okazało teraz nawet, że klip do tego kawałka ukręcał pan Timothy Saccenti, tenże sam, który paluchy umaczał w zeszłym roku przy klipie "Heaven" Depeszów. Te Depesze to mi się zawsze gdzieś wcisną. No, zawsze.
No więc taki to sobie względnie uszętom przyjemny i spokojem przepełniony utworek. Miły. Tak jak napisałem - peanów pochwalnych na cześć jego nie kroiłem, ale nazwę Washed Out dzięki niemu zapamiętałem. Później jeszcze mi się gdzieś w uszu okolice zapałętał utwór "Amor Fati", ale dziwnym trafem uwagi mej wtedy nie zyskał wcale. Szalenie to dziwnym i ciekawym się mieni, bo na płycie "Within And Without", którą w opisywanym boxie nabyłem, już mnie kupił zupełnie. Takoż ładnie, takoż elektronicznie, skoczniej może ciut nieco, ale wciąż w klimatach takich bardziej wyciszających niż do tańca. I tak to to leci:
Cała płyta w takich właśnie nastrojach nieszalonych i wyluzowanych słuchacza utrzymuje. Elektroniką pan Greene operuje bardzo sprawnie i fantastycznie mi się tego słucha. Gdzieniegdzie pobrzmiewają echa jakich by się Ulrich Schnauss chociażby na swych wydawnictwach nie powstydził - kawałek "Soft" brzmi zresztą niemalże jakby sam Ulrich go zaaranżował:
Szalenie to pozytywna płyta, a apogeum swe osiąga - mym zdaniem skromnym - dokładnie w jej połowie, kiedy to nadchodzi czas na "Far Away". Cudowny utwór, piękny. Na okrągło go mogę, bez przerwy i bez poczucia przesytu. Ależ smutno i ślicznie. Jak te dzwoneczki przy refrenie pięknie ciągną całość, mniam. Na okrągło.
Cała więc płyta jest okraszona takim właśnie spokojem emanującym z poszczególnych jej składników. Uwielbiam jej słuchać w zasadzie niezależnie od nastroju, nawet w samochodzie (gdzie jednak najczęściej preferuję coś jednak żywszego). Idealny wręcz soundtrack do sobotniego poranka w pościeli z ukochaną osobą (doskonale dobrana okładka płyty i zdjęcia we wkładce).
Jeśli więc gdzieś kiedyś nazwa ta Wam mignie lub okładkę takową ujrzycie - zaprawdę powiadam Wam: warto monetę wysupłać i nabyć. Howgh.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz