Nie bardzo wiem jak notkę zacząć. Może to ciężar legendy, z której opisaniem planuję się tu zmierzyć? Niby mnie nigdy takie dylematy nie dotykały, ale może tym razem...
Chyba nie ma takiego odważnego, który by zespołu Queen nie darzył jakimiś pozytywnymi emocjami czy odczuciami. Nawet jeśli komuś twórczość ichnia niespecjalnie leży, to szacunkiem jakimś i estymą minimalną chociaż ich darzy. Osobiście Queen znam głównie z singlowych przebojów i dwóch ostatnich płyt studyjnych nagranych jeszcze za życia Freddiego: "The Miracle" i "Innuendo". Dziś sobie poopowiadamy bajki o drugiej z nich.
Cudowniejszego epitafium nie mógłby sobie Freddie Mercury wymarzyć. Ostatnia za jego życia płyta macierzystej kapeli to dzieło ze wszech miar wybitne, niemal idealne. Brzmi podniośle, monumentalnie. Wokal Mercury'ego przecudny i wielki, ciężko wręcz uwierzyć, że to były ostatnie miesiące jego życia. Ale show musi trwać...
Ileż w nim jeszcze było siły i chęci, by śpiewać takie teksty. I to w taki sposób. Choroba odebrała mu już co prawda większość sił, więc klipy do "Show Must Go On" i "Innuendo" to w zasadzie kolaże klipów z przekroju całej kariery Queen, ale mimo wszystko udało mu się wykrzesać te resztki energii, by osobiście pojawić się w dwóch obrazach promujących tą płytę. "I'm Going Slightly Mad" idealnie oddaje obrazem tekst utworu, jednocześnie pokazując jak wszechstronnym człowiekiem był Freddie. A gdy śpiewa niskim głosem jak to zaczyna mu ździebko odwalać - ciężko mu nie wierzyć...
Zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków Queen ever, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Końcówka - "and there you have it" - i obowiązkowo ciary mkną po ciele.
Najbardziej jednak poruszającym obrazem z tamtego okresu jest klip do "These Are The Days Of Our Lives". Tu już widać jak na dłoni wyniszczającą chorobę Mercury'ego. Kolejny - obok "Show Must Go On" - tekst traktujący o przemijaniu. I, co ciekawe, żaden z nich nie został napisany przez Freddiego. Piękny utwór, śliczny. Patrząc jak na końcu Freddie mówi "I still love you" naprawdę trudno się nie wzruszyć. Mi się chce wyć za każdym razem. Ale przy tym albumie mam tak bardzo często. Łzy mają wtedy swoje święto.
Nieprawdopodobnym zdaje się, że pod tą grubą warstwą makijażu starającą się ukryć widoczne symptomy choroby ten facet wciąż się dobrze bawił. Nic na pół gwizdka, we wszystko co robił wkładał całego siebie.
Trochę od tyłka strony poszedłem, bo "Show Must Go On" jest ostatnim utworem na płycie, na koniec zaś zostawiłem sobie otwierający płytę utwór tytułowy. Znów się teraz będę w zachwytach rozpływał, więc jak macie dość, to możecie odpuścić czytanie, bo obawiam się, że tak już będzie do końca notki. "Innuendo" wspaniałym utworem jest i dwóch zdań na ten temat nie ma. Muzycznie bardzo rozbudowany i różnorodny. Uwodząco działa na mnie szczególnie jego mroczny początek. No i ten wokal. Rany, jak pomyślę, że facet był trawiony przez choróbsko i umierał, a przy tym był w stanie nagrać tak wokalnie (nie tylko wokalnie zresztą) wspaniałą płytę. Na kolana normalnie, wszyscy. I do tego ten pojechany klip.
Znów pobrzmiewa Queen-owe flirtowanie z muzyką operową, znów w jednym tylko utworze dzieje się tyle, ile czasem nie dzieje się na całych płytach innych wykonawców. Znów obowiązkowo ciary. Znów zmysły przeciążone do granic przy końcowym "till the end of time".
Płyta - ideał. Bez słabości nawet najmniejszych. Wypunktowałem jeno single, a przecież są tu takie cuda i perły jak "Ride The Wild Wind" czy "Bijou". Dwanaście utworów brzmiących niczym "The Best Of", a nie płyta wieńcząca karierę zespołu. Tym bardziej więc cieszy, że japoński oddział wytwórni Universal przygotował wydanie tej płyty (a także wszystkich pozostałych z katalogu Queen) w formie iście królewskiej. Wydanie to jest w formacie SHM-SACD, co przekłada się na brzmienie niedostępne dla zwykłych płyt CD. Kosztuje niebotycznie dużo (wraz z przesyłką z Japonii kosztowała mnie ta płyta niemal półtorej stówki i ponad miesiąc nerwowego oczekiwania), ale jest tego warta. Szkoda, że nagranie jest tylko w stereo, a nie w wersji wielokanałowej, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Na półce mej ponadto gdzieś się jeszcze pałęta winyl wydany przez polski MJM, lecz jakość dźwiękowa tegoż placka zbyt szczególną nie jest, więc jedynie odnotowuję stan posiadania.
To jedna z tych płyt, które mnie skłaniają do refleksji "co by było gdyby". Jak wyglądałyby kolejne płyty Queen, gdyby Mercury nadal żył, skoro muzycznie byli wtedy na fali ewidentnie wznoszącej i potencjał był przeogromny. Niestety, tego już się nie dowiemy. Ogromnie szkoda. Niby wiem, że na własne życzenie niejako jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, ze smutnym finałem w szczególności. Niemniej jak sobie pomyślę, co jeszcze mogliby nagrać, co jeszcze moglibyśmy usłyszeć, nic nie poradzę na to, że serce mi krwawi.
P.S. Notka ewidentnie skupiona na Freddie'm, z praktycznie kompletnym pominięciem pozostałych chłopaków z zespołu. Sorki, panowie. Przy następnej o Was notce się poprawię.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz