poniedziałek, 2 grudnia 2013

O Boże, znów pada...

Pierwszy raz w historii bloga tegoż (gruba historia - jedenasty post ledwie) nie będzie ani o płycie, ani o wykonawcy ogólnie. Jeno o piosence. Co lepsze - o piosence, którą twórca jej traktuje po macoszemu, wypowiadając się o niej często z lekceważeniem, iż stworzona została w 5 minut, a nagrana w drugie tyle. "But Not Tonight" mojego najulubieńszego Depeche Mode - nieskomplikowana to - zarówno w warstwie muzycznej, jak i tekstowej - piosnka, a sam zainteresowany (czyli Martin Gore, twórca zdecydowanej większości repertuaru Depeche Mode) 7 lat później pyta "czy prostota jest najlepsza, czy po prostu najłatwiejsza" w songu "Judas". Lecz czy prostota nie może być piękna?



Jak został utwór postrzeżony, tak i wylądował - czyli jako B-side na singlu "Stripped" w 1986 roku. Jedynie amerykański oddział Sire wydający płyty Depeche Mode w Stanach Zjednoczonych poznał się na utworze i wydał - zamiast "Stripped" - jako utwór promujący album. Odbiorcy amerykańscy już się jednak nie poznali tak dobrze na nim i za oceanem utwór sukcesów żadnych nie odniósł. Czy słusznie? Według mnie - nie do końca:



Taki sobie miły synth-popowy utwór, mający w zasadzie wszystko, by w latach 80-tych stać się hitem. Czego zabrakło? Odpowiedniej promocji? Być może była to kwestia tego, że Depeche Mode było już postrzegane jako zespół "dziwny" i jego "hity" niejako pod publikę nie miały szansy zaistnieć, bo ludzie w większości automatycznie skreślali ich twórczość jako zainteresowania niegodną. Fanów natomiast raził wtedy - w 1986 - swą cukierkowatością, widoczną szczególnie na tle znajdującego się na stronie A singla "Stripped" (chociaż po czasie "But Not Tonight" stało się wśród fanów DM jednym z ulubionych utworów - ot, ironia):



Czasu nie upłynęło zbyt dużo, kurz po "But Not Tonight" zdążył był opaść i przykrył ten miły utwór grubą warstwą zapomnienia dla większości. 18 lat później - w 2004 roku - Jimmy Sommerville (pamiętany teraz zapewne głównie z Bronski Beat i ich wielkiego hitu "Smalltown Boy") próbował odkurzyć ten mało znany utwór na modłę nibydyskotekową, sukcesu jednak - podobnie jak jego koledzy z DM niemal 2 dekady wcześniej - nie odnosząc. Wersja jego szczególnością żadną nie grzeszy i entuzjazmu mego nie wzbudza, przytoczyć jednak wypada:



Inaczej zupełnie ma się z o 3 lata starszą wersją zaprezentowaną przez wokalistę Stone Temple Pilots - Scotta Weilanda - na potrzeby ścieżki dźwiękowej filmu "Not Another Teen Movie". O ile może i dziwnym nie jest, że Scott jakąś estymą DM darzy, o tyle wybór utworu - pamiętając jaką muzykę wykonywali choćby STP - już zaskoczeniem był niemałym. Na tym jednak zaskoczeń nie koniec, gdyż Weiland zinterpretował ten utwór nieomal balladowo, co zabrzmiało bardzo smakowicie. Zaprezentuję tu wersję na żywo, którą niedawno odkryłem, a która również bardzo mi się podoba. Jest taka trochę bardziej z pazurem. I ta gitarka tam tak ładnie plumka...



Dlaczego jednakże ten utwór - który bardzo lubię, ale który nie łapie się do mojego prywatnego TOP10 utworów DM (oj, ciężko by mi było cuś takiego skroić... ale i tak BNT się nie łapie) - stał się bohaterem tejże notki? 




Otóż Depeche Mode w tej chwili promują swoją ostatnią płytę "Delta Machine". Jedną z perełek jest właśnie quasi-akustyczna wersja "But Not Tonight" z Martinem na wokalu, która brzmi obłędnie pięknie. Odnotować należy, że utwór ten po raz pierwszy właśnie podczas tej trasy został zaprezentowany na żywo - po 27 latach od jego wydania. W Europie był grany rzadko (Warszawa się niestety nie załapała), za to Ameryka dostała ten utwór na każdym niemal koncercie tylko dlatego, że Martinowi wydawało się, że skoro tam został wydany na singlu, to amerykańcom się należy go zagrać. W tej chwili chłopaki już powrócili do Europy, ale - odpukać w niemalowane - wciąż to grają, zdaje się że - o ile nie na każdym - to na lwiej części koncertów. Obyśmy doczekali się tego również w lutowej Łodzi. Bo - o Boże - brzmi prześlicznie. A ta końcóweczka - ciareczki... Niestety, wideo jakie udało mi się znaleźć i dołączyć, to niemal pełny zapis jedynego profesjonalnie nagranego koncertu zawierającego "But Not Tonight", więc aby go usłyszeć trzeba sobie przewinąć do 29 minuty i 20 sekundy. Albo obejrzeć cały koncert - też jest miło.




wtorek, 19 listopada 2013

Magiczne Zimno

A tyle sobie obiecywałem (sobie, nie Wam, więc nie wiecie). Że różnie będzie, że będę starał się pokazać szerokie i w miarę możności zróżnicowane spektrum mych muzycznych zainteresowań i miłości. Że jak mi się zdarzy o kimś temat popełnić, to ów będzie musiał na kolejny o swej muzycznej bajce artykuł czekać długo. Oj, długo. Bezpiecznie nie definiowałem "długo". Rzadkość umieszczania przez mnie nowych postów jeszcze owo niezdefiniowane wydłużała niemiłosiernie, więc zdawało mi się, że ewentualność takowa, iż mi się wykonawcy powtarzać nie będą na blogu, wysoce prawdopodobną się jawi. Islandczyk zawinił. Na mistrzostwa świata w kopanej do Rio się nie zakwalifikowali (choć było już tuż tuż), to mi ten Magik tu namieszał. Muszę napisać o Nim, no muszę. Nie dam rady nie.

Można w Olafura Arnaldsa oskarżeniami ciskać, iż na sprawdzonych patentach przez przestworza swych dźwięków pomyka. Że wszystko już gdzieś można było usłyszeć, że nowe kompozycje to kalki bezczelne starych. Tyle, że to nieprawda, choć może to nie do końca sprawiedliwe tak jednoznacznie stwierdzić. Bo jedno się w jego muzyce nie zmienia. Piękno.


Zadziwiające jak wiele można go stworzyć za pomocą podobnego instrumentarium. I na jak wiele różnych sposobów. Jak znów można dać się ponieść temu brzmieniu ślicznemu, tym melodiom unoszącym ku górze. Oczu zamknięcie i człowiek znika, zatraca się kompletnie w magii tego świata. Kolejna fantastyczna podróż i, choć już nie raz się w towarzystwie Arnaldsa na lot podniebny wybierałem, za każdym razem jest to podróż inna. Cechuje je wspólny mianownik - piękno. I zimno, bo gdy ciary przemykają po ciele całym, to musi być zimno. Teraz jestem zimą - "For Now I Am Winter".


Konkretów nieco zdałoby się tu obok grafomańskiego bełkotu obłąkańca. Lekko z tym nie będzie, bo wciąż go słucham pisząc. Utwór "Brim" zamiata dogłębnie i dla niego warto krążek "For Now I Am Winter" Olafura Arnaldsa nabyć. Prawdopodobnie jedna z jego rzeczy najcudniejszych, na piedestale u mnie wylądowała, zaraz obok "Near Light" czy "Poland". A oprócz niego wyróżnić warto "Hands Be Still", "Only The Winds". I całą resztę. Całość jest śliczna i rewelacyjna. W kilku utworach na wokalu udziela się Arnon Dan, z nich najbardziej mi dzieło "Reclaim" urwało uwagę.


Amerykańskie National Public Radio, by wspomóc promocję płyty Olafura, udostępniło na swym kanale trwający ponad godzinę tegoroczny nowojorski występ Arnaldsa i jego świty, na którym cała płyta (plus bonusów kilka) została zaprezentowana. Dziś więc jeden jedynie link do zawartości youtube'owej, ale za to jaki. "Brim" zaczyna się w 5 minucie i 15 sekundzie - zawsze kilkukrotnie wracam do tego momentu podczas odsłuchiwania. Ależ pięknie. I jak zimno.


poniedziałek, 18 listopada 2013

Na motorze

Fakty uprzedzając - na motorze nie jeżdżę i nie lubię. Chyba. W zasadzie niemal na pewno. W dzieciństwie jakieś tam epizody nieśmiałe i nie zakończone sukcesami niestety z motorynkami jakimiś miałem i sympatii mej nie zaskarbiły. End of story.

Z kapelą MOTOR jednakoż - oooo, tu już się sprawa ma zgoła odmiennie. Poznałem ich, jak wiele innych wykonawców, bo się za remixowanie Depeche Mode zabrali. W łapy swe porwali "Precious" w 2005 roku i... no cóż... zrobili to inaczej. Ale zaciekawienie i polubienie me zyskali. "Precious" w ich mixie brzmi... hmmm... No posłuchajcie:


Powiedzieć, że brzmi toto inaczej o eufemizm niemal się niebezpiecznie ociera. Mi jednakoż takie granie bardzo leży i remix z całą pewnością jest w zacnym gronie moich ulubionych Depeszowych remixów. A i Martinowi Gore się ów remix bardzo spodobał, dziwnym więc nie jest, że na wielu wydawnictwach Depeche Mode (m.in. na singlach DVD, amerykańskim i winylowym) był się on pojawił.


Zaskoczeniem więc nie jest, że się ekipą nieco wnikliwiej zainteresowałem. Debiut ich płytowy radość mą wzbudził, bo okazało się, że tak jak remixują, tak i grają. Na "Klunk" znalazły się więc tak genialnie brzmiące twory jak "King of USA" czy "1 X 1" (tu w fantastycznym remixie Phila Kierana):


Na "Klunk" jest dużo więcej takiego grania i zdaję sobie doskonale sprawę, że trzeba mieć dyńkę jednak z leksza porytą, by taką muzyką się zachwycać. Mocno zaś porytą, by taką muzykę tworzyć. Fajnie, że są na tym świecie ludzie i tacy i tacy. I że mi się udało do jednej z tych grup załapać. 


Jako, że się lubuję w muzyce z czarnych krążków, postanowiłem i na MOTOR w takiej formie zapolować. Udało się trzykrotnie, za każdym razem za cenę więcej niż atrkacyjną (najatrakcyjniejszy był zakup za 5 PLN - koszta przesyłki przekroczyły koszt płyty, nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie coś takiego podrażnia...), a jednym z nabytków był singlowy "Sweatbox", z debiutanckiego "Klunka" właśnie. Monotonne, elektroniczne napieprzanie młotem na udarze. Świetne. Idę się leczyć, a Wy posłuchajcie:


Generalnie z sześciu utworów, jakie się pojawiły na trzech winylowych singlach przeze mnie nabytych, nie znałem tylko jednego - "Junker" - strona B singla "Stuka Stunt" (brzmienie tytułów tychże utworów i płyt idealnie oddaje też to jak brzmi ta muzyka). Niestety znalazłem tylko fragment na soundcloudzie, ale zaiste - brzmi wariacko genialnie. Rany, jak kurna go uwielbiam:



Trzeci maksisingiel - "Bleep #1" - w odróżnieniu od dwóch poprzednich, pochodził z kolejnego albumu MOTOR - "Unhuman". Znajduje się na nim jeden z najmasakryczniej cudnych mixów - "Whitey 'Clean Machines' Mix". Wiecie jak rewelacyjnie się przy nim prasuje? Otóż nie wiecie.


Ostatnim pełnoprawnym długograjem duetu MOTOR jest "Man Made Machine". To chyba ich najbardziej komercyjne, wręcz jak na nich radio-friendly dzieło. Póki co jeszcze go nie posiadam, ale polowanie jeszcze się nie zakończyło. Na tej płycie MOTORne chłopaki współpracowali z takim sławami jak Gary Numan czy sam Martin Gore (w złowróżbnie brzmiącym utworze tytułowym), co tylko potwierdza, że musi ich mistrz Gore lubić i szanować. Klip nawet z nimi zrobił, a co!


Z tejże płyty, którą chłopaki nawet nieco buńczucznie i ciut na wyrost określili mianem ichniego "Violatora" (no coś w tym jest, ale delikatnie o bluźnierstwo to stwierdzenie zahacza) najmilej mi leży utwór "In The Dark" - spokojnie można by go wpuścić na listy przebojów, których zapewne by nie zawojował jakoś szczególnie mocno, ale obecność swą mógłby zaznaczyć. Znów niestety przyjdzie mi się posiłkować soundcloudem (youtube jednak blogspotowi przyjaźniejszy jeśli o obsługę idzie, niemniej nie wszystko u niego znaleźć można):


Co ciekawe - MOTOR nie zrobił na mnie spodziewanego wrażenia na żywo - miałem ich okazję obejrzeć i wysłuchać live przed koncertem Depeche Mode w Bratysławie w 2009 roku. Być może mój wtedy brak entuzjazmu można zrzucić na zmęczenie podróżą (byłem podówczas jedynym kierowcą w tę i we wtę), a także na nieszczególnie sprzyjającą aurę (lało). Może. Tak czy inaczej - z winyla brzmią po prostu obłędnie. Howgh.

środa, 9 października 2013

Czarodziejsko

Wrzesień umknął niepostrzeżenie i beznotkowo. Powody były. Nadszedł czas jednakoż, by się z pisaniem przeprosić ładnie i coś napocić zdatnego do czytania. Oby.

Dziś się ze słuchaniem wybierzemy na północ. Tam gdzieś pośród wód Oceanu Atlantyckiego znajduje się wyspa Islandia. Z niej zaś pochodzi czarodziejów mnóstwo całe, w szczególności zaś tych muzycznych. I o jednym z nich, dla mnie chyba najczarodziejszym dziś popiszę.

Olafura Arnaldsa poznałem - o dziwo - nie przez Depeszów tym razem. Już nie pamiętam skąd mi się to wzięło, ale systematycznie odwiedzam sklep muzyczny 7digital.com, tam natomiast co czas jakiś (mniej więcej co tydzień, choć z tym różnie bywa) udostępniane są z całego katalogu ich przepastnego pojedyncze utwory za darmoszkę. Korzystam z tychże ich prezentów kiedy mogę. Najczęściej są to wykonawcy bardzo mało znani lub wręcz wcale, lecz bywa, że i ktoś znańszy się trafi, typu M83, Ulrich Schnauss czy Ladytron. No i razu pewnego udostępnili sampler wytwórni Erased Tapes. Łachy zbyt wielkiej gestem swym nie uczynili, bo i wytwórnia sama na swej stronie udostępniała (czas przeszły, niestety) tenże sampler, a także i 2 inne. Niemniej jednak dzięki 7digital.com poznałem tenże label mający w stajni swej wykonawców ciekawych wielu, a pośród nich Olafura Arnaldsa.

Czaruje facet niemożebnie dźwiękami swemi. Instrumentarium jego stanowią najczęściej pianino i smyczkowce wspierane nienachalnie elektroniką. Muzyki jego nie sposób określić inaczej niż piękno destylowane. Jak na ten przykład tutaj:


O Boziu, jak ślicznie... I tak, tak - to nasza ojczyzna była dla Olafura inspiracją do stworzenia tego utworu. Podobnoż podczas podróży busem przez kraju naszego droża dziurawe, cierpiąc przy tym na jakże częstą w naszym kraju przypadłość kacem zwaną, ta otoż melodyja się Olafurowi we łbie jego biednym i alkoholem umęczonym objawiła. A wiem to, bo dane mi było uczestniczyć w koncercie Olafura Arnaldsa, na którym tą właśnie anegdotę przytoczył. Chociaż nie. Źle. Nazwanie tego doznania, tego misterium koncertem na bluźnierstwo nieomal zakrawa. To było coś niesamowitego, można było oczy zamknąć i przenieść się gdzieś zupełnie indziej. Pierwszy raz chyba spotkałem się z sytuacją, gdy ludzie starali się oddychać możliwie jak najciszej, by nie burzyć tej harmonii, którą nam Olafur swoimi zaczarowanymi nutami serwował. Przy tym wszystkim jest facetem tak sympatycznym, tak łatwo zjednującym sobie życzliwość publiczności. Niepozorny niby z wyglądu, z nieco śmiesznym akcentem w swojej angielszczyźnie, z dużym poczuciem humoru. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję wziąć udział w jego występie - jest to warte każdych pieniędzy. Zachęcam.



Olafur płyt kilka już nagrał, nawet ze dwie lub trzy ścieżki dźwiękowe do filmów popełnił, gdyż - przyznać trzeba - jego nastrojowe dźwięki bardzo się ku temu nadają. Zdarza mu się nagrywać płyty będące wynikiem eksperymentów ze znajomymi muzykami. Jedną z takich płyt, których mam szczęście być posiadaczem, jest płyta "Living Room Songs". Materiał na tą płytę był nagrywany przez siedem kolejnych dni, każdego dnia jeden utwór. Płyta długą nie jest, trwa około pół godziny, ale nawet pół godziny tych cudnych dźwięków jest dla uszu słodyczą przeogromną. Całość jest przez Olafura udostępniona tutaj: http://livingroomsongs.olafurarnalds.com/. Ja w szczególności polecam i wielbię utwór "Near Light". Prześliczny. Co tam się dzieje, co ta muzyka ze mną wyprawia... Magia.


Wszedłem jeszcze w posiadanie starszej, pochodzącej z 2007 roku płyty Olafura "Eulogy For Evolution". Zgodnie z zamysłem Arnaldsa muzyka na niej zawarta ma obrazować podróż przez życie. Kompozycje na tym albumie są bardziej różnorodne, a najbardziej chyba uszęta mi pieści utwór "3055":


Mistrz. Czarodziej dźwięków z północy. Ciarki i coś takiego nieopisywalnego w środku mi się dzieje gdy go słucham, emocje o niezwykłej sile. Możliwość zaś uczestniczenia w jego występie na żywo była doświadczeniem nieprawdopodobnym i niepowtarzalnym, magicznym. Pozamiatał mnie dokumentnie na szufelkę, nie było czego zbierać. 

Staram się w miarę możliwości uzupełniać w swej kolekcji jego dyskografię, a że dużą jej część wydał na winylu, więc też zapewne dnia pewnego o taką jej postać w mym zbiorze się pokuszę. Wspaniałe w tym wszystkim jest to, że robiąc rzeczy tak cudowne i niezwykłe, pozostaje ciepłym, miłym, radosnym i uśmiechniętym człowiekiem. Takim zwykłym. Jak tu:


Zanurzcie się w jego czarodziejskie dźwięki. Pozdrawiam ciepło i do następnego.

piątek, 30 sierpnia 2013

Patrysia

Generalnie jest tak, że tematów na parę postów potencjalnych kisi mi się we łbie kilka i czekają na akceptację z mego własnego działu kontroli jakości (wymagań dużych niby nie ma, ale wydostać się czemukolwiek niełatwo jest) i już niby jest coś takiego, co wypuścić można i docyzelować w trakcie pisania, gdy nagle się coś innego wydarza. Jedzie człowiek na zakupy, przy okazji zahacza o MediaMarkt i znajduje płytę za 12.99 PLN. Płytę, z której - dodajmy - zna jedynie 1 (słownie: jeden) utwór. No i tak się właśnie zadziało. Pani nazywa się Patrycja Hilton, ale gawiedzi znana będzie zapewne bardziej pod swym pseudo artystycznym - Pati Yang. Pani Yang była już mi znana od lat (acz jedynie pieśni jej parę dane mi było słyszeć), bo i pierwsze miejsce "All That Is Thirst" na Liście Trójki się jej zdarzyło, i Depeszów supportowała w 2006 w Warszy, i parę razy gdzieś jej wideo do "Near To God" mi przeleciało na wizji. Nawet sobie jej płytę "Silent Treatment" sprawiłem tygodni temu parę (i znów - za 9.99 PLN - niech nikt mi nie wmawia, że nie można w Polsce kupić naprawdę dobrej muzyki za niewielkie pieniądze), acz nie wzbudziła we mnie ona jakiegoś szaleńczego entuzjazmu. Ot, fajna, bez szału jednakoż. Za to płyta, którą dziś nabyłem - "Wires And Sparks" z 2011 roku - o, to już inna bajka. 



Właśnie kończę przesłuchiwać ją po raz pierwszy i jestem zachwycony. Nie ma słabego momentu. Rewelacyjnie napisana i wyprodukowana muzyka. Kurczę, duma rozpiera, że to Polka. Szkoda, że płyta szalonym sukcesem się nie okazała, bo zasługuje na to w mych oczach. "Near To God", które znałem już wcześniej i które było impulsem do nabycia, jest w sumie chyba jednym z najsłabszych punktów płyty. Co w żadnym wypadku nie oznacza, że to słaby utwór, o nie. Proszę bardzo sobie sprawdzić:




Szalenie takie elektroniczne granie z wyraźną sekcją rytmiczną mi leży. Wiele kawałków i zagrań ma Pati na tej płycie takich, których by się na ten przykład Goldfrapp nie powstydzili. Tak jak w utworze "Let It Go" otwierającym płytę. Kupił mię on bez reszty, acz obawiałem się, że będzie trochę tak jak w "Silent Treatment" gdzie pierwszy utwór - "Soul For Me" - również mi się bardzo spodobał, ale cała płyta już tak średniawo. Tu jest inaczej, choć obawa, że tak świetnemu początkowi nie będzie w stanie chociaż dorównać pozostałe 9 utworów istniała. Płonna, jak się niemal 50 minut później okazało. Tak to się zaczęło (niestety, jako link a nie wbudowany w posta klip, gdyż wyszukiwarka bloggera nie znajduje wszystkich klipów na youtube):


Rewela ta płyta, tyle powiem. Bardzo takie granie lubię, a wokal Patrycji również jest świetny i doskonale do takiej elektroniki pasuje. Słabych momentów - jak już wspominałem - nie stwierdzono, każdy utwór mógłby być singlem i doskonale wydawnictwo promować, a taka sytuacja się często nie zdarza. "Revolution Baby" jest świetnym przykładem takiego kandydata na singiel:


Grzech za taką cenę tej płyty nie nabyć, jeśli muzyka się Wam podoba. Tym bardziej, że również i samo wydawnictwo jest w estetycznym digipacku zapakowane. Już wiem jaka płyta będzie mi towarzyszyła podczas przemierzania kilometrów moim bolidem. Zachwyconym.


wtorek, 6 sierpnia 2013

Biegajstwo

Dziś tematycznie polecim. Jaki temat - widać. Otóż lubię sobie od czasu do czasu zad popocić biegając. Za grosz w tym nie ma systematyczności nijakiej, wyznaczania celów, czasówek, sprawdzania tętna, kupowania ciuchów do biegania. Nic. Czasem biegam przez 2-3 tygodnie dzień w dzień, by potem z byle powodu - czy to pogoda brzydka, czy to zmęczenie, czy przeziąbanie albo zwykłe niechcenie - odwrócić się od biegania na 2 miesiące. Puryści od biegania byliby zapewne zniesmaczeni i w ogóle określiliby moje tu się na ten temat uwyzewnętrznianie jako żenujące. Zapewne mieliby rację. Newermajnd, jak to mawiała Nirvana.

Co ciekawym jest - nie słucham muzyki podczas biegania. Tak właśnie - ja, który sam się określam jako typ, któremu bez słuchania muzyki źle i nieswojo. Nie próbowałem ani razu biegać przy muzyce, ale jakoś nie jestem przekonany do tego konceptu, wobec czego pewnie nigdy nie spróbuję. W bieganiu podoba mi się to, że można sobie swoje myśli przemielić przy tym się wypacaniu. A że myśli mam niewiele, to i biegam krótko.

No więc jakże to? O czym tu ma być dzisiejsza notka? Ano o piosneczkach, które w jakikolwiek sposób o biegajstwie, uciekajstwie lub innych czynnościach angażujących nóżek rychłe przebieranie traktują.

Wystartujemy z U2 i "Running To Stand Still". Utwór, który w niesamowitych okolicznościach odkryłem na koncercie w Chorzowie w 2005 roku. Centralnie się poryczałem na tym kawałku, takie emocje mną wtedy targły. Mimo iż kawałek był mi już wcześniej znany i jakiegoś szczególnego niepokoju we mnie nie wzbudzał. Nie udało mi się już nigdy znaleźć wykonania tego utworu, które by mnie tak poruszyło. Niestety, wykonu z Chorzowa'05 już mi się na youtubie odnaleźć nie udało, więc się wspomożemy wykonaniem z oficjalnego DVD z Chicago z tamtej pamiętnej trasy - Vertigo Tour. Ale to już nie ta moc co u nas...


No uwielbiam po prostu jak Edge tam sobie plumka na pianinku. Cudnie. A gdy pod koniec wchodzi tekst "Biegnie ulicami, z ogniem w jej oczach, pośród deszczu padającego z ciemnych chmur, i przynosi mi białe złoto i perły wykradzione morzu. Pełna wściekłości i z burzą wybuchającą z jej oczu, będzie cierpieć chłód igły. Biegnie, by zachować spokój", to ciary są niemożebne. I łezki, nie ma co ściemniać. Piękny utwór, fantastyczne wykonanie.

Następna w kolejce jest Sheryl Crow. Lubię damskie wokale i to bardzo. Sheryl poznałem oczywiście przy okazji wydanego w 1994 singla "All I Wanna Do" promującego album "Tuesday Night Music Club", ale uwiodła mnie dopiero przy "Run Baby Run". Przepiękna pieśń, ma dla mnie taki klimat trochę lat 70-tych, przez długi czas byłem zresztą święcie przekonany, że to cover jakiś i "ja już ją gdzieś słyszałem..." :) No i kobieta śliczna jest.


Nawet singla sobie nabyłem, bo na punkcie singli mam niewielkiego fioła. Ale o tym kiedy indziej.



Teraz znowu "Run Baby Run". Ale i utwór inny i wykonawca i tempo piosenki. No wszystko inne. Prócz tytułu. Zespół Garbage bardzo lubię i szanuję, głównie mi się to utrzymało z ich pierwszych dwóch płyt "Garbage" i "Version 2.0". Rewelacyjne granie, szczególnie na debiucie. Och, takie kawałki jak "Only Happy When It Rains" doskonale pasują często w mój nastrój, tak więc wielbię pasjami. Później niestety już było z nimi różnie i tym ich kolejnym płytom - mimo tego, że fajne - już brakuje tego niedefiniowalnego czegoś, co posiadały pierwsze dwa ich długograje. Mimo wszystko na każdej ich płycie udaje się znaleźć jakiś punkt jaśniejszy i ucha mile głaszczący (choć w ich wypadku właściwsze byłoby słowo "bijący"). Z czwartej płyty "Bleed Like Me" wydanej w 2005 roku, świetne gitarowe i jakże Garbage'owe granie - "Run Baby Run" to właśnie jedna z takich jasno świecących gwiazd. Idealne toto do samochodu. Do biegania może nieszczególnie :) Niesamowita Shirley Manson na wokalu. Nie mogę uwierzyć, że utwór ten nie dostał się na ichni składak typu "Best Of" - "Absolute Garbage". No, nieogarnialne to jest dla mnie.


Na koniec jedni z mych ulubieńców - Placebo. W oryginale "Running Up That Hill" wykonywała Kate Bush, więc powoływanie się w tym miejscu na wykonanie Placebo w oczach wielu może być traktowane jako zniewaga lub niemal bluźnierstwo. Nie dbam. Wykonanie Briana Molko i ekipy bardzo mi odpowiada, bardziej nawet niźli oryginał. Tekstowo i muzycznie bardzo pasuje do dotychczasowej twórczości Placebo. I maksymalnie atmosferycznie i złowieszczo brzmi na żywo. O czym zaświadczam, bom doznał.


Rzecz ukazała się na płycie "Covers" będącej dodatkiem do albumu "Sleeping With Ghosts"


A czy biegam? Bez tego bym raczej się o notkę tą nie pokusił. Teraz akurat trwa ten czas, że staram się biegać codziennie. Myślenie sobie nie za skomplikowane zapuścić przy tym. No i z tego myślenia takie oto wpisy się robią. Miłego czytania.

niedziela, 21 lipca 2013

Co się stanie gdy LongView i Ulrich Schnauss zbiegną się w jednym punkcie?


Jak już wspomnieć mi się zdarzyło, nie ma chyba prostszej metody, by zainteresować mnie swą muzyką niźli poprzez dotknięcie w jakikolwiek muzyki Depeche Mode. Najczęściej tak się dzieje z osobami/zespołami, które się za remixowanie DM biorą, boć i uważam remixy za szalenie ciekawą ścieżkę reinterpretacji wszelakich. Covery już mnie tak nie ciągną, bo jednak lubię jakiś oryginalny element DM w takim utworze, a w remixie zawsze to albo wokal albo sampla kawałek się trafi. Mniejsza. W kontekście posta ważna jest osoba Ulricha Schnaussa, który się w 2004 porwał na remix "Little 15" Depeche Mode. Wg mnie wyszło niezgorzej, ale mię ten twór nie porwał jakoś mocno szczególnie. Może Was porwie choć ciut:


Niemniej zainteresowanie Ulrich zyskał i faktycznie okazało się, że muzyka jego cudna jest. Na chwilę obecną napalam się na zakup dwóch jego płytek, więc gdy zakupu owego dokonam, wtedy i osobistej notki się Ulrich doczeka. Tu chciałbym opisać jak całkiem niedawno trafiłem na jego z zespołem LongView kolaborację. Jak już kto bowiem z sukcesami remixuje, to i tym inszym remixom lubię się przysłuchać. No i takie się-przysłuchanie jedno sprawiło, że kompletnie odleciałem. Zaczarowało mnie jak rzadko. Że jest przestrzennie i ślicznie to mnie nie zaskoczyło, wszak dużą część twórczości Ulricha poznać mnie było dane. Ale te krajobrazy elektroniczno-instrumentalne w połączeniu z naprawdę pięknym utworem dały efekt oszałamiający. Usiądźcie dla własnego bezpieczeństwa i komfortu:


Magicznie. Można zapomnieć o świecie całym i się odciąć totalnie. Co zresztą dość często przy słuchaniu tego utworu mi się zdarza. No a skoro to takie piękne, to warto coś takiego sobie mieć, prawda? No prawda, więc zacząłem po internecie poszukiwać, czy się da toto w jakiejś postaci nabyć. Z pomocą przyszło nieocenione allegro. Za jedyne 14 złociszczy (plus koszta przesyłki, Bogu dzięki, że niższe niż cena płyty) nabyłem winyl "Subversions" kapeli LongView zawierający remixy ich utworów. Oprócz Ulrichowych remixów dwóch utworów ("Can't Explain" i "Will You Wait Here") oraz ich instrumentalnych odpowiedników, swoje interpretacje dostarczyli: Jacknife Lee (klubowo-taneczna wersja "Further", co nie dziwi pamiętając co pan ów wyczynia przy okazji remixowania U2 choćby), Mogwai (ślicznie senny remix "In A Dream"), Elbow (znowu "Further", tym razem zdecydowanie spokojniej) i Andy Votel (jego ręce zmieniły utwór "I Would"). Płytka w stanie idealnym, nieśmiganym. Okazja jak nigdy. 


Przy tego typu okazjach ciekawi mnie nieraz jakże też brzmią utwory w swych wersjach oryginalnych. Tu znowu pomogło mi allegro, na którym za 17 Pe-eL-eN-ów (słownie: siedemnaście) nabyłem w ciemno dwupłytowy album LongView "Mercury". Przyjemne, amerykańskie granie rockowe, choć przyznam, że bardziej lubię (i częściej słucham) "Subversions". Ameryki chłopaki nie odkrywają swym graniem - nie zawsze wszak trzeba, żaden to więc zarzut - po prostu zestaw uchu miłych kompozycji. Co nie znaczy, że "Mercury" jest płytą złą - co to to nie. Kwota jaką wydałem na zakup tego wydawnictwa jest jednymi z najmilej zainwestowanymi przeze mnie siedemnastoma złotymi polskimi w tym roku. Tym bardziej, że płytki znów w stanie totalnej nowości. Igła.


Podobno po zremixowaniu wspomnianych wcześniej utworów został Ulrich Schnauss klawiszowcem zespołu, jednak wydaje się, że nie wydali w tym składzie żadnego materiału, w związku z czym w 2010 Ulrich się z nimi pożegnał i powrócił do solowego czarodziejstwa. I dobrze.


No i na koniec moje ulubieństwo w tym temacie. Dwupłytowy maksisingiel, którego przewrotny tytuł stał się tytułem tegoż postu. Dwupłyt zwie się: "Q. What happened when LONGVIEW and ULRICH SCHNAUSS converged" i zawiera na każdym z czarnych krążków remix i wersję instrumentalną remixu do obu utworów: "Can't Explain" i "Will You Wait Here". 


Nasuwa się dość oczywiste pytanie: po co mi to było? Miałem i remixy i ich instrumentale już na "Subversions". Za tenże maksisingiel już musiałem wysupłać 35 złociszczy (żaden to majątek, jednakoż więcej mię to kosztowało niż "Subversions" i "Mercury" razem wzięte), więc tym bardziej staje się to dziwnym. Mógłbym ściemniać, że płyty nagrane na 45 obrotów, więc lepiej i dźwięk dokładniejszy. Każdy utwór w tym przypadku rozłożony jest powierzchniowo na dużą część płyty, a nie - jak w przypadku "Subversions" - zabierający jedynie jakąś 1/5 powierzchni, więc i brzmienie lepiej uszka pieszczące. Mógłbym. Ale prawda jest o wiele bardziej trywialna i błaha. Po prostu mogę sobie włączyć "Repeat" w gramofonie i puścić moje ukochane "Can't Explain" w remixie Schnaussa w wiecznej pętli. No, przynajmniej dopóki mi prądu nie odetną, bo w moim zasłuchaniu opłacić go zapomnę. 

Na pożegnanie: Schnaussowa interpretacja "Will You Wait Here":


Do następnego.


wtorek, 16 lipca 2013

TERAPIA???

Głupio trochę, że blog niby to o winylach traktujący, a (abstrahując od marnej liczby wpisów) o winylach tyle co kot napłakał. Dziś więc trochę będzie. I później też trochę zapewne, bo opisywać co jest.

Początek lat 90-tych to zachłyśnięcie się mocniejszym graniem, w szczególności spod znaku Guns N'Roses i grunge'owej Nirvany. Ja sam się może nie zachłysłem, ale słuchałem z lubością. W połowie dekady jakoś to się powoli wypalać zaczęło, ale w kolejce do walkmana zawsze się pałętała jakaś kaseta Soundgarden czy Faith No More. Ba, nawet Depesze - z powodu których wspomniane wcześniej kasety znajdowały się we wspomnianej wcześniej kolejce, bo kieszeń walkmana zajmowała najczęściej "Songs Of Faith And Devotion" - zostali dzięki tej właśnie płycie ochrzczeni jako "nawróceni na rocka". Bzdura, rzecz jasna, ale kto dziennikarzom pisać zabroni. Tak czy inaczej - jedną z takich kaset, która kolejkę okupowała była "Infernal Love" kapeli Therapy? Zespół był już znany, bo przy okazji wcześniejszego ich długograja - "Troublegum" - po muzycznych stacjach latały w tę i we wtę klipy do "Nowhere" i "Die Laughing". Tak było:



W 1995 wydali właśnie płytę "Infernal Love". Wspaniałe rockowe granie, płyta bez absolutnie żadnych słabych momentów. Chciałoby się rzecz - arcydzieło. I tak jest w istocie. Najczęściej ostro, jak w singlowym "Stories" czy "Misery", wszak to nadal Therapy?, ale są i spokojne momenty: przepiękne "A Moment Of Clarity" czy wydany na singlu cover Hüsker Dü "Diane". Oba spokojniejsze utwory z nieco szokującymi tekstami (pamiętam, iż mnie jako nastolatka na dzień dobry zszokowały dość konkretnie), co dawało - wciąż zresztą daje - zaskakujący kontrast. Pomiędzy tymi utworami krąży mój od niedawna  faworyt (ale to się zmienia) - "Bad Mother":



Wydaje mi się, że tą płytą Therapy? umknęli trochę takiemu zaszufladkowaniu zespołu rockowego z punkowymi naleciałościami i utworami trwającymi nieco ponad 2 minuty stworzonymi na starej zasadzie "dwa akordy, darcie mordy". Na "Infernal Love" oczywiście wciąż mamy świetny rock spod znaku Therapy?, darcia mordy wciąż niemało, ale same utwory są niewąsko rozbudowane, ze zmienną dynamiką. Każdy utwór oparty na naprawdę konkretnej rockowej melodii, nie są to w żadnym wypadku losowe dźwięki. W instrumentarium pojawia się chociażby wiolonczela (w genialne zinterpretowanym "Diane") czy saksofon. Do tego fantastyczna otoczka w postaci zdjęcia na okładce płyty autorstwa Antona Corbijna. Jednym słowem - jedna z najważniejszych płyt lat 90-tych, a pewnie i w ogóle (powiedzmy, że "jednym słowem").


Parę miesięcy temu udało mi się położyć łapy na ślicznym, czerwonym winylu. Kupiony za śmieszne pieniądze (44.44 PLN, śmieszność jednakoż nie polega bynajmniej na powtarzalności cyfr w cenie), ma uszczerbek maleńki na brzegu, nie wpływa ów jednak w żaden sposób na odtwarzanie. Słucha się tego albumu z drgań rowków naprawdę doskonale.

Genialna płyta. Słabych stron nie stwierdzono. Po niej już trochę straciłem kontakt z Therapy? i prawdę mówiąc nie wiem w jaką stronę pomknęli. Jednym z ostatnich moich nimi zachwytem był wydany 3 lata później (przy okazji ich kolejnej płyty "Semi-Detached") "Lonely Cryin' Only" - dwie i pół minuty melodyjnego jazgotu. I nim zakończymy:


poniedziałek, 15 lipca 2013

KOŚCIVŁKI

No to się obudziłem... W czas rychło. Blogowi rok niedługo będzie pękał, a ja tu trzecią notkę klepię. Podziękowania w tym miejscu należą się Twórczyni innego bloga: http://decoris1.blogspot.com/ - bajka kompletnie od mojej odmienna, ale polecam i zapraszam do się z zawartością zapoznania - Ona bowiem mię swym działaniem (rozpoczęciem blogowania znaczy się) natchła i zainspirowała. Dziękuję.


Do rzeczy. Mnóstwo muzyki najprzeróżniejszej (choć mimo wszystko wokół elektroniki głównie się kręcącej) poznałem dzięki Depeche Mode. A to ktoś fajny remix upichcił, a to ktoś scoverował przemile i już jakiś punkt zaczepienia i zaciekawienia do poznania twórczości owego kogoś był. Czasem ktoś natomiast supportować DM miał i tak to jest w przypadku tu opisywanym. Na supporty zacząłem zwracać uwagę baczniejszą od momentu koncertu U2 w Chorzowie w 2005 roku, kiedy to jednym z supportów byli The Killers. Zaspałem, przyznaję i w piersi się tłukę, bo na koncercie tymże jeszcze ich nie znałem, a wrażenie na mnie zrobili niemałe. Od tamtej pory staram się zawsze poznać twórczość wykonawców występujących jako "przedskoczkowie". Czasem jest tak, że już znam, vide Motor w Bratysławie w 2009 czy Nitzer Ebb w Łodzi w 2010, czasem jednak jest tak jak właśnie teraz. Że pojęcia nie mam, nie słyszałem, nazwa nic nie mówi i w kościele żadnym nie dzwoni. Ekipa zwie się Chvrches (tak, tak, przez "v", ale wymawia się jak przez "u" :) ). Sprytnie - tak na marginesie - z tą nazwą sobie wymyślili. Jakiś czas temu tak sobie właśnie rozmyślałem, że nielekko teraz wykminić jakąś przemyślną nazwę tworowi typu zespół muzyczny tak, żeby i było to oryginalne i w googlach wpisane kierowało jednoznacznie do odpowiednich źródeł. Tu się to ładnie udało. Wracamy z marginesu: skład stanowi dwóch panów naginających na syntezatorach i pani (choć wydawać by się mogło wizualnie, że obok tychże dwóch panów to dziewczynka raczej) udzielająca się na wokalu. Bardzo fajnie się udzielająca zresztą. Na razie za wiele nie ponawydawali, ale to co wydali i to co na żywo przy okazjach przeróżnych prezentują każe żywić nadzieję, że ich debiutancka płyta będzie wydanych na nią pieniędzy warta. Na razie do kupienia są dwie EP-ki: "Recover" i "Gun" (kiedyś się mówiło na to single :) ), niestety dorwać w fizycznej formie jest je szalenie ciężko. Z radością przytuliłbym je w formie winylowych placków, ale występuje toto tak rzadko i tak drogo, że dziękuję - postoję. Można póki co za niedużo kupić sobie ich twórczość w wersji cyfrowej - w tym celu polecam 7digital.com:
A jakoż grają? Rewelacyjnie. Elektronika bardzo melodyjna i rytmiczna, wokal niby nieszczególny, ale coś w nim jest. Taki od niechcenia niemal, jakby dziewczęciu ktoś tam kazał wejść i zaśpiewać, więc odbębnia ona swoje, ale brzmi przy tym świetnie. Bez zbędnej wirtuozerii, ale komu na co wirtuozeria, gdy wszystko brzmi tak świeżo? Czasem się zastanawiam jak to jest, że taka muza się nie sprzedaje w milionowych nakładach. Niech już te setki tysięcy chociaż mają. Niby machina promocyjna ogromną rolę odgrywa, ale - no kurna - źle grają? Co, do radia się to nie nadaje? Nie ogarniam do końca. Posłuchajta:

"The Mother We Share" - sesja na żywo dla BBC Radio 1:


"Lies" - sesja na żywo dla BBC Radio 1:



Ostatni singiel - "Gun":



Trochę za dużo mają tych fajnych kawałków, by ich długogrający debiut - "The Bones Of What You Believe" - mógł okazać się słaby. Wyczekuję więc z niecierpliwością zarówno ujrzenia ich na żywo 25 lipca, jak i ich płytki pierwszej. Źle by też nie było, gdyby DM dali im jakiś swój singiel do zremixowania - chciałbym.
Warto zaglądać na ichni soundcloud: https://soundcloud.com/chvrches jak i na kanał youtube'owy: http://www.youtube.com/user/CHVRCHES
Miłego słuchania. Do następnego posta. Oby szybciej niż za rok :)