wtorek, 19 listopada 2013

Magiczne Zimno

A tyle sobie obiecywałem (sobie, nie Wam, więc nie wiecie). Że różnie będzie, że będę starał się pokazać szerokie i w miarę możności zróżnicowane spektrum mych muzycznych zainteresowań i miłości. Że jak mi się zdarzy o kimś temat popełnić, to ów będzie musiał na kolejny o swej muzycznej bajce artykuł czekać długo. Oj, długo. Bezpiecznie nie definiowałem "długo". Rzadkość umieszczania przez mnie nowych postów jeszcze owo niezdefiniowane wydłużała niemiłosiernie, więc zdawało mi się, że ewentualność takowa, iż mi się wykonawcy powtarzać nie będą na blogu, wysoce prawdopodobną się jawi. Islandczyk zawinił. Na mistrzostwa świata w kopanej do Rio się nie zakwalifikowali (choć było już tuż tuż), to mi ten Magik tu namieszał. Muszę napisać o Nim, no muszę. Nie dam rady nie.

Można w Olafura Arnaldsa oskarżeniami ciskać, iż na sprawdzonych patentach przez przestworza swych dźwięków pomyka. Że wszystko już gdzieś można było usłyszeć, że nowe kompozycje to kalki bezczelne starych. Tyle, że to nieprawda, choć może to nie do końca sprawiedliwe tak jednoznacznie stwierdzić. Bo jedno się w jego muzyce nie zmienia. Piękno.


Zadziwiające jak wiele można go stworzyć za pomocą podobnego instrumentarium. I na jak wiele różnych sposobów. Jak znów można dać się ponieść temu brzmieniu ślicznemu, tym melodiom unoszącym ku górze. Oczu zamknięcie i człowiek znika, zatraca się kompletnie w magii tego świata. Kolejna fantastyczna podróż i, choć już nie raz się w towarzystwie Arnaldsa na lot podniebny wybierałem, za każdym razem jest to podróż inna. Cechuje je wspólny mianownik - piękno. I zimno, bo gdy ciary przemykają po ciele całym, to musi być zimno. Teraz jestem zimą - "For Now I Am Winter".


Konkretów nieco zdałoby się tu obok grafomańskiego bełkotu obłąkańca. Lekko z tym nie będzie, bo wciąż go słucham pisząc. Utwór "Brim" zamiata dogłębnie i dla niego warto krążek "For Now I Am Winter" Olafura Arnaldsa nabyć. Prawdopodobnie jedna z jego rzeczy najcudniejszych, na piedestale u mnie wylądowała, zaraz obok "Near Light" czy "Poland". A oprócz niego wyróżnić warto "Hands Be Still", "Only The Winds". I całą resztę. Całość jest śliczna i rewelacyjna. W kilku utworach na wokalu udziela się Arnon Dan, z nich najbardziej mi dzieło "Reclaim" urwało uwagę.


Amerykańskie National Public Radio, by wspomóc promocję płyty Olafura, udostępniło na swym kanale trwający ponad godzinę tegoroczny nowojorski występ Arnaldsa i jego świty, na którym cała płyta (plus bonusów kilka) została zaprezentowana. Dziś więc jeden jedynie link do zawartości youtube'owej, ale za to jaki. "Brim" zaczyna się w 5 minucie i 15 sekundzie - zawsze kilkukrotnie wracam do tego momentu podczas odsłuchiwania. Ależ pięknie. I jak zimno.


poniedziałek, 18 listopada 2013

Na motorze

Fakty uprzedzając - na motorze nie jeżdżę i nie lubię. Chyba. W zasadzie niemal na pewno. W dzieciństwie jakieś tam epizody nieśmiałe i nie zakończone sukcesami niestety z motorynkami jakimiś miałem i sympatii mej nie zaskarbiły. End of story.

Z kapelą MOTOR jednakoż - oooo, tu już się sprawa ma zgoła odmiennie. Poznałem ich, jak wiele innych wykonawców, bo się za remixowanie Depeche Mode zabrali. W łapy swe porwali "Precious" w 2005 roku i... no cóż... zrobili to inaczej. Ale zaciekawienie i polubienie me zyskali. "Precious" w ich mixie brzmi... hmmm... No posłuchajcie:


Powiedzieć, że brzmi toto inaczej o eufemizm niemal się niebezpiecznie ociera. Mi jednakoż takie granie bardzo leży i remix z całą pewnością jest w zacnym gronie moich ulubionych Depeszowych remixów. A i Martinowi Gore się ów remix bardzo spodobał, dziwnym więc nie jest, że na wielu wydawnictwach Depeche Mode (m.in. na singlach DVD, amerykańskim i winylowym) był się on pojawił.


Zaskoczeniem więc nie jest, że się ekipą nieco wnikliwiej zainteresowałem. Debiut ich płytowy radość mą wzbudził, bo okazało się, że tak jak remixują, tak i grają. Na "Klunk" znalazły się więc tak genialnie brzmiące twory jak "King of USA" czy "1 X 1" (tu w fantastycznym remixie Phila Kierana):


Na "Klunk" jest dużo więcej takiego grania i zdaję sobie doskonale sprawę, że trzeba mieć dyńkę jednak z leksza porytą, by taką muzyką się zachwycać. Mocno zaś porytą, by taką muzykę tworzyć. Fajnie, że są na tym świecie ludzie i tacy i tacy. I że mi się udało do jednej z tych grup załapać. 


Jako, że się lubuję w muzyce z czarnych krążków, postanowiłem i na MOTOR w takiej formie zapolować. Udało się trzykrotnie, za każdym razem za cenę więcej niż atrkacyjną (najatrakcyjniejszy był zakup za 5 PLN - koszta przesyłki przekroczyły koszt płyty, nie wiem dlaczego, ale strasznie mnie coś takiego podrażnia...), a jednym z nabytków był singlowy "Sweatbox", z debiutanckiego "Klunka" właśnie. Monotonne, elektroniczne napieprzanie młotem na udarze. Świetne. Idę się leczyć, a Wy posłuchajcie:


Generalnie z sześciu utworów, jakie się pojawiły na trzech winylowych singlach przeze mnie nabytych, nie znałem tylko jednego - "Junker" - strona B singla "Stuka Stunt" (brzmienie tytułów tychże utworów i płyt idealnie oddaje też to jak brzmi ta muzyka). Niestety znalazłem tylko fragment na soundcloudzie, ale zaiste - brzmi wariacko genialnie. Rany, jak kurna go uwielbiam:



Trzeci maksisingiel - "Bleep #1" - w odróżnieniu od dwóch poprzednich, pochodził z kolejnego albumu MOTOR - "Unhuman". Znajduje się na nim jeden z najmasakryczniej cudnych mixów - "Whitey 'Clean Machines' Mix". Wiecie jak rewelacyjnie się przy nim prasuje? Otóż nie wiecie.


Ostatnim pełnoprawnym długograjem duetu MOTOR jest "Man Made Machine". To chyba ich najbardziej komercyjne, wręcz jak na nich radio-friendly dzieło. Póki co jeszcze go nie posiadam, ale polowanie jeszcze się nie zakończyło. Na tej płycie MOTORne chłopaki współpracowali z takim sławami jak Gary Numan czy sam Martin Gore (w złowróżbnie brzmiącym utworze tytułowym), co tylko potwierdza, że musi ich mistrz Gore lubić i szanować. Klip nawet z nimi zrobił, a co!


Z tejże płyty, którą chłopaki nawet nieco buńczucznie i ciut na wyrost określili mianem ichniego "Violatora" (no coś w tym jest, ale delikatnie o bluźnierstwo to stwierdzenie zahacza) najmilej mi leży utwór "In The Dark" - spokojnie można by go wpuścić na listy przebojów, których zapewne by nie zawojował jakoś szczególnie mocno, ale obecność swą mógłby zaznaczyć. Znów niestety przyjdzie mi się posiłkować soundcloudem (youtube jednak blogspotowi przyjaźniejszy jeśli o obsługę idzie, niemniej nie wszystko u niego znaleźć można):


Co ciekawe - MOTOR nie zrobił na mnie spodziewanego wrażenia na żywo - miałem ich okazję obejrzeć i wysłuchać live przed koncertem Depeche Mode w Bratysławie w 2009 roku. Być może mój wtedy brak entuzjazmu można zrzucić na zmęczenie podróżą (byłem podówczas jedynym kierowcą w tę i we wtę), a także na nieszczególnie sprzyjającą aurę (lało). Może. Tak czy inaczej - z winyla brzmią po prostu obłędnie. Howgh.