poniedziałek, 24 marca 2014

Zatopiony świat

Od momentu, gdy zacząłem ździebko poważniej ogarniać tego bloga (co wcale nie oznacza, że go z jakąś niemożebną powagą ogarniam, co to to nie, widać przecie), wiedziałem, że o tej płycie będę chciał napisać. Wróć. Będę musiał napisać. Bo to jedna z płyt mych najulubieńszych.


Madonna - bo to właśnie nad jej płytą będę się w tejże notce pastwił - na samym początku uderzyła silnie. Singlem promującym jej najlepszy - mym skromnym zdaniem - album został subtelny "Frozen", okraszony mrożąco elektronicznymi dźwiękami. Do cudnej piosenki klip stworzył Chris Cunningham, który swe wizualne wyuzdanie i chore wizje później sprzedawał z efektem niesamowitym m.in. Aphex Twinowi czy formacji Leftfield. Dla Madonny również stworzył dzieło genialnością dorównujące utworowi, o niesamowicie onirycznym klimacie:


Po tak rewelacyjnej zapowiedzi spodziewałem się, że okaże się "Frozen" najmocniejszym punktem na nowej płycie - "Ray Of Light" - wydanej w 1998 roku. Jakże mocno się myliłem. William Orbit, który był głównym producentem płyty, pomógł Madonnie stworzyć przecudnej urody przestrzenie dźwięków elektroniką głównie acz delikatnie podszyte. Kompozycje na płycie w szczęśliwej liczbie trzynastu są niesamowicie mocne, w zasadzie niemal każda z piosenek ma potencjał na stanie się przebojowym singlem, których zresztą z tejże płyty - obok "Frozen" - wykrojono jeszcze cztery. Ja mam tylko dwa :)


Trzecim w kolejności i jednocześnie prześlicznie otwierającym płytę jest "Drowned World/Substitute For Love". Jedna z moich najwspanialszych, najulubieńszych, najcudniejszych pieśni ever. Zakochajcie się, jeśli jeszcze tego nie uczyniliście:


Ślicznie, nieco trip-hopowo, z delikatnie pobrzemiewającą elektroniką. To jeden z tych utworów, których po 16 już latach mogę słuchać na okrągło, bez przerwy i bez najmniejszego znużenia. Tak jest piękny. 


Takie mocne otwarcie płyty to trochę strzał w kolano, bo po przesłuchaniu palec nieodmiennie wciska "repeat". Na szczęście cała płyta jest bardzo równa i przy tym bardzo mocna. Jak już wspomniałem - na singlach ukazało się 5 numerów z tej płyty, ja osobiście dokonałbym nieco innego wyboru utworów, niemniej spokojnie można by z tej płyty ponad połowę utworów wydać na tzw. "małych krążkach". Ehhhh.... Rok 1998, w którym single jeszcze znaczyły niemało:


A co się na single nie załapało, a warte tego było? Nieco żywsza, lecz wciąż piękna część płyty - "Skin" czy "Sky Fits Heaven" chociażby. To niby wciąż pop, ale jednocześnie wspaniałe utwory na naprawdę wysokim poziomie - i kompozycyjnym,  i tekstowym,  i w końcu realizatorskim.


I tak można o tej płycie bez końca. Każdy z utworów można pokazać, poopowiadać o nim i się pozachwycać. Nawet takimi słabszymi fragmentami jak "Candy Perfume Girl" czy "Shanti/Ashtangi". A takie perły jak "Little Star" łamią serce i dźwiękami cudnymi i tekstem. Znów jak w "Drowned World" robi się trochę trip-hopowo, znowu spokojnie i pięknie. Można oczęta zamknąć i ulecieć.


To był ogromny sukces Madonny, komercyjny i artystyczny. Kilkanaście milionów sprzedanych płyt, 4 nagrody Grammy. Później Madonna już nigdy tak nie brzmiała. Zaczęła uciekać w klubowo-dance'owe rytmy, gdzie chyba się nieco zagubiła. Szkoda. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nagra coś na miarę "Ray Of Light". Byłbym wniebowzięty.


Tak, dobrze widzicie. Mam tą płytę i na winylu i na CD. Dlaczego? Bo to nieprawdopodobnie wspaniała płyta jest.

środa, 12 marca 2014

Spłukany

Się przerwa porobiła niemała... Trzy miesiące plus okład. I weny brak jakoś było, i z czasem nie za wesoło. Najmniej ważne. Ważne, że z powrotem się coś dzieje.



Bardzo tak lubię. Że łapię płytę z półki w sklepie w ciemno nieomal i potem jest takie "wow", że się naprawdę zacnie wybrało. A stało się to znowu tygodni temu naście, oko me przykuł mały box z dwoma płytami dwojga wykonawców: Washed Out i Junior Boys. Obie nazwy mi coś mówiły, od każdego po kawałku czy remixie znałem. Cena: 22.50 PLN. No nie ma o czym mówić nawet. A potem wyszło, że to naprawdę inwestycja była z tych udanych. I to bardziej. Dżunior Bojsi tak mi się średniawo spodobali i do teraz śpią sobie od tygodni wielu na półeczce nietykani. Z Washed Out sprawa zaś się ma zgoła odmiennie...

Washed Out - czyli inaczej pana Ernesta Greene'a jako Wikipedia podpowiada - znałem wcześniej z dwóch ledwie utworów. Pierwsze zetknięcie miało miejsce przy okazji darmówek udostępnianych przez 7digital.com - udostępnili mnóstwo już czasu temu utwór "Eyes Be Closed", który zainteresowanie me zyskał, acz o rzucaniu na kolana nie było wtedy mowy wcale...


I proszę - się mi okazało teraz nawet, że klip do tego kawałka ukręcał pan Timothy Saccenti, tenże sam, który paluchy umaczał w zeszłym roku przy klipie "Heaven" Depeszów. Te Depesze to mi się zawsze gdzieś wcisną. No, zawsze.

No więc taki to sobie względnie uszętom przyjemny i spokojem przepełniony utworek. Miły. Tak jak napisałem - peanów pochwalnych na cześć jego nie kroiłem, ale nazwę Washed Out dzięki niemu zapamiętałem. Później jeszcze mi się gdzieś w uszu okolice zapałętał utwór "Amor Fati", ale dziwnym trafem uwagi mej wtedy nie zyskał wcale. Szalenie to dziwnym i ciekawym się mieni, bo na płycie "Within And Without", którą w opisywanym boxie nabyłem, już mnie kupił zupełnie. Takoż ładnie, takoż elektronicznie, skoczniej może ciut nieco, ale wciąż w klimatach takich bardziej wyciszających niż do tańca. I tak to to leci:


Cała płyta w takich właśnie nastrojach nieszalonych i wyluzowanych słuchacza utrzymuje. Elektroniką pan Greene operuje bardzo sprawnie i fantastycznie mi się tego słucha. Gdzieniegdzie pobrzmiewają echa jakich by się Ulrich Schnauss chociażby na swych wydawnictwach nie powstydził - kawałek "Soft" brzmi zresztą niemalże jakby sam Ulrich go zaaranżował:


Szalenie to pozytywna płyta, a apogeum swe osiąga - mym zdaniem skromnym - dokładnie w jej połowie, kiedy to nadchodzi czas na "Far Away". Cudowny utwór, piękny. Na okrągło go mogę, bez przerwy i bez poczucia przesytu. Ależ smutno i ślicznie. Jak te dzwoneczki przy refrenie pięknie ciągną całość, mniam. Na okrągło.



Cała więc płyta jest okraszona takim właśnie spokojem emanującym z poszczególnych jej składników. Uwielbiam jej słuchać w zasadzie niezależnie od nastroju, nawet w samochodzie (gdzie jednak najczęściej preferuję coś jednak żywszego). Idealny wręcz soundtrack do sobotniego poranka w pościeli z ukochaną osobą (doskonale dobrana okładka płyty i zdjęcia we wkładce).



Jeśli więc gdzieś kiedyś nazwa ta Wam mignie lub okładkę takową ujrzycie - zaprawdę powiadam Wam: warto monetę wysupłać i nabyć. Howgh.