Wrzesień umknął niepostrzeżenie i beznotkowo. Powody były. Nadszedł czas jednakoż, by się z pisaniem przeprosić ładnie i coś napocić zdatnego do czytania. Oby.
Dziś się ze słuchaniem wybierzemy na północ. Tam gdzieś pośród wód Oceanu Atlantyckiego znajduje się wyspa Islandia. Z niej zaś pochodzi czarodziejów mnóstwo całe, w szczególności zaś tych muzycznych. I o jednym z nich, dla mnie chyba najczarodziejszym dziś popiszę.
Olafura Arnaldsa poznałem - o dziwo - nie przez Depeszów tym razem. Już nie pamiętam skąd mi się to wzięło, ale systematycznie odwiedzam sklep muzyczny 7digital.com, tam natomiast co czas jakiś (mniej więcej co tydzień, choć z tym różnie bywa) udostępniane są z całego katalogu ich przepastnego pojedyncze utwory za darmoszkę. Korzystam z tychże ich prezentów kiedy mogę. Najczęściej są to wykonawcy bardzo mało znani lub wręcz wcale, lecz bywa, że i ktoś znańszy się trafi, typu M83, Ulrich Schnauss czy Ladytron. No i razu pewnego udostępnili sampler wytwórni Erased Tapes. Łachy zbyt wielkiej gestem swym nie uczynili, bo i wytwórnia sama na swej stronie udostępniała (czas przeszły, niestety) tenże sampler, a także i 2 inne. Niemniej jednak dzięki 7digital.com poznałem tenże label mający w stajni swej wykonawców ciekawych wielu, a pośród nich Olafura Arnaldsa.
Czaruje facet niemożebnie dźwiękami swemi. Instrumentarium jego stanowią najczęściej pianino i smyczkowce wspierane nienachalnie elektroniką. Muzyki jego nie sposób określić inaczej niż piękno destylowane. Jak na ten przykład tutaj:
O Boziu, jak ślicznie... I tak, tak - to nasza ojczyzna była dla Olafura inspiracją do stworzenia tego utworu. Podobnoż podczas podróży busem przez kraju naszego droża dziurawe, cierpiąc przy tym na jakże częstą w naszym kraju przypadłość kacem zwaną, ta otoż melodyja się Olafurowi we łbie jego biednym i alkoholem umęczonym objawiła. A wiem to, bo dane mi było uczestniczyć w koncercie Olafura Arnaldsa, na którym tą właśnie anegdotę przytoczył. Chociaż nie. Źle. Nazwanie tego doznania, tego misterium koncertem na bluźnierstwo nieomal zakrawa. To było coś niesamowitego, można było oczy zamknąć i przenieść się gdzieś zupełnie indziej. Pierwszy raz chyba spotkałem się z sytuacją, gdy ludzie starali się oddychać możliwie jak najciszej, by nie burzyć tej harmonii, którą nam Olafur swoimi zaczarowanymi nutami serwował. Przy tym wszystkim jest facetem tak sympatycznym, tak łatwo zjednującym sobie życzliwość publiczności. Niepozorny niby z wyglądu, z nieco śmiesznym akcentem w swojej angielszczyźnie, z dużym poczuciem humoru. Jeśli kiedykolwiek będziecie mieli okazję wziąć udział w jego występie - jest to warte każdych pieniędzy. Zachęcam.
Olafur płyt kilka już nagrał, nawet ze dwie lub trzy ścieżki dźwiękowe do filmów popełnił, gdyż - przyznać trzeba - jego nastrojowe dźwięki bardzo się ku temu nadają. Zdarza mu się nagrywać płyty będące wynikiem eksperymentów ze znajomymi muzykami. Jedną z takich płyt, których mam szczęście być posiadaczem, jest płyta "Living Room Songs". Materiał na tą płytę był nagrywany przez siedem kolejnych dni, każdego dnia jeden utwór. Płyta długą nie jest, trwa około pół godziny, ale nawet pół godziny tych cudnych dźwięków jest dla uszu słodyczą przeogromną. Całość jest przez Olafura udostępniona tutaj: http://livingroomsongs.olafurarnalds.com/. Ja w szczególności polecam i wielbię utwór "Near Light". Prześliczny. Co tam się dzieje, co ta muzyka ze mną wyprawia... Magia.
Wszedłem jeszcze w posiadanie starszej, pochodzącej z 2007 roku płyty Olafura "Eulogy For Evolution". Zgodnie z zamysłem Arnaldsa muzyka na niej zawarta ma obrazować podróż przez życie. Kompozycje na tym albumie są bardziej różnorodne, a najbardziej chyba uszęta mi pieści utwór "3055":
Mistrz. Czarodziej dźwięków z północy. Ciarki i coś takiego nieopisywalnego w środku mi się dzieje gdy go słucham, emocje o niezwykłej sile. Możliwość zaś uczestniczenia w jego występie na żywo była doświadczeniem nieprawdopodobnym i niepowtarzalnym, magicznym. Pozamiatał mnie dokumentnie na szufelkę, nie było czego zbierać.
Staram się w miarę możliwości uzupełniać w swej kolekcji jego dyskografię, a że dużą jej część wydał na winylu, więc też zapewne dnia pewnego o taką jej postać w mym zbiorze się pokuszę. Wspaniałe w tym wszystkim jest to, że robiąc rzeczy tak cudowne i niezwykłe, pozostaje ciepłym, miłym, radosnym i uśmiechniętym człowiekiem. Takim zwykłym. Jak tu:
Zanurzcie się w jego czarodziejskie dźwięki. Pozdrawiam ciepło i do następnego.