środa, 25 czerwca 2014

Dywizjon 101

Nie ma lekko zespół De/Vision - nie dość, że szerszemu gronu zapewne nie znany wcale, to jeszcze ci, którzy już czelność znać mają, przyszyli lat temu wiele mu łatkę klona Depeche Mode. Oszukiwać się nie ma co - tak właśnie zaczynali lat wstecz dobre ponad dwadzieścia, niemniej - lata minęły, styl wyewoluował, a łatka jakoś tak przez zasiedzenie się została...


De/Vision w zeszłym roku obchodzili ćwierćwiecze powstania swego, nic więc dziwnego, że płyt w tym czasie zdążyli napłodzić już naście, składak też niejeden mają na swym koncie. Ostatnie tego typu ichnie wydawnictwo światło dzienne ujrzało w 2006 roku, a że ostatnio w łapska swe dorwałem wersję winylową, to się popastwię, jak to tylko ja potrafię.


Płyta "Best Of..." w wersji CD różni się dość znacznie od wersji winylowej. Kompaktówka zawiera 2 płytki - na pierwszej podstawowy materiał, na drugiej remixy. Winylowa - analogowo :) - na pierwszej single, na drugiej remixy. Gdzież więc różnica? Ano, jak wiadomo - czarne płyty nie mieszczą tyle materiału, co ich młodsze i mniejsze cyfrowe rodzeństwo kompaktowe, zaszła więc konieczność zawartości nieco ociosania. Winylowa wersja "Best Of..." to w zasadzie takie trochę "Best Of Best Of" - wybrano na pierwszą płytę najlepsze 9 utworów z wersji kompaktowej, natomiast druga płyta to już unikatowe i specjalnie dla tej wersji wybrane remixy. Początkowo byłem nieco zaskoczony takim wyborem - skoro i tak wydają na dwóch winylach, to dlaczego nie zmieścić na nich całości materiału z pierwszej - podstawowej - płyty CD? W szaleństwie zapewne jakaś metoda tkwiła, wybrano bowiem naprawdę te najlepszości same. Pośród nich - promujący wydawnictwo i specjalnie na nie przygotowany utwór "Love Will Find A Way".


I to jest bardzo dobry utwór idealnie pokazujący w czym chłopaki z De/Vision są dobrzy. Przyjemny synth-pop na wysokim poziomie, często podszyty grubą nicią melancholii. Nic dziwnego, że fani DM podłapali szybko muzykę D/V - mnóstwo w tym syntezatorowej elektroniki, na początku lat dziewięćdziesiątych jeszcze bardziej przypominającej dokonania Martina Gore'a i spółki. W dodatku D/V pojawili się w momencie, gdy Depesze zaczęli swe płyty wydawać co 4 lata, więc był to idealny środek pozwalający przetrwać ten czas do następnego albumu DM. A z takimi utworami jak "I'm Not Dreaming Of You" nie było to znów aż takie trudne.


Zawsze się w takich momentach zastanawiam jak to jest, że taka muzyka nie przedarła się mocniej do świadomości ludzkiej, tylko egzystuje gdzieś na krańcach muzycznego świata, zapełniając niszę wariatom słuchającym elektroniki. Czyżby sama machina promocyjna miała aż takie znaczenie? Zdaję sobie sprawę, że muzyka elektroniczna wciąż nie jest najpopularniejsza w mainstreamie, ale na litość - toż to naprawdę całkiem niezłej (na klawiaturę pcha mi się uparcie słowo "solidnej") jakości pop. Przecież już Depesze grunt lata temu przygotowali dla tego typu muzyki wprowadzając ją na salony pod koniec lat osiemdziesiątych. No i dlaczego takie kawałki jak "The End" są znane wciąż nielicznym?


Świetna to płyta, bo zaiste upchnięto na niej to, co D/V najlepszego od czasu przedostatniej składanki upichcili. Obok tych nowszych rzeczy pojawiają się również i te starsze, jak pochodzące z końca lat dziewięćdziesiątych "Foreigner" i "Strange Affection" - tu już mam wrażenie, że przypominają Depeszów zdecydowanie bardziej.


Nad drugą płytą z remixami znęcał się nie będę, bo prawdę mówiąc szczególnością nie grzeszą. Ot, raz przesłuchałem, może jeszcze kiedyś do nich wrócę. Trochę mi tu właśnie brak jest dwóch rzeczy z drugiej płyty wydania kompaktowego "Best Of...": utworu "Still Unknown" w remixie Andrew Segi z zespołu Iris (o którym też pewnie za czas jakiś coś popiszę) - rzecz jest tak przepiękna (w popowej konwencji, rzecz jasna), że mocno mi emocjami szarpie i targa. Gdy to usłyszałem po raz pierwszy lat temu osiem, miałem na Winampie na ciągłym powtarzaniu. Do tej pory przeuwielbieniem darzę.


No, mieć to na tym winylu i już więcej nic nie chcę. No, prawie. Wspominałem bowiem o dwóch elementach na tej płycie, których brak mi szczególnie. Drugim z nich jest drugi specjalnie na ten składak przygotowany nowy utworu "Breathless". Ślicznie by było, no. Ale i tak jest bardzo piątka.


Sam bym pewnie jeszcze inaczej ułożył listę utworów bestówki De/Vision, bo twórczość ich znam całkiem niezgorzej i wiem doskonale jak wiele skarbów uszętom ciepłych się czai na ich płytach. Może kiedyś coś i o tym popiszę, bo mają chłopaki w swych zbiorach zaiste perły synth-popu.


A De/Vision w rok po wydaniu tejże "Best Of..." nagrali najlepszą moim zdaniem swoją płytę "Noob". Ale o tym to przy okazji gdzieś tam kiedyś...

niedziela, 15 czerwca 2014

Krwawy sport

W zamierzchłych latach osiemdziesiątych, gdy kreślący słowa te miał radosne lat raptem kilka, wielkim hitem na kasetach wideo był właśnie tytułowy "Krwawy sport", w którym napakowany i wysportowany Jean Claude Van Damme naparzał po dziobach złych panów w imię zasad, dobra i miłości pięknej kobiety. Ile kaset zdarliśmy do cna oglądając film ten z kumplami na magnetowidach - my jeno liczbę tą znamy. Na pamięć znaliśmy ciosy, choć powtórzyć ich nie było sposób. Niewątpliwego uroku dostarczał również niemiecki dubbing w jaki kopie nasze były wyposażone najczęściej. Piękne to były czasy, jak zwykł mawiać Mistrz Bałtroczyk.


Dobre ponad dwadzieścia lat później jeden z bandów, które uwielbiać raczę wydaje - po ponad dekadzie przerwy - album zatytułowany "Bloodsports". By wątpliwości rozwiać - jedyny jest to ciąg skojarzeniowy ze wspomnianym filmem, prosty i dość dosłowny. Więcej przywołany tu raczej nie będzie, a służył jedynie ukazaniu tej prostej prawdy, że jakoś notkę zacząć zawsze trzeba.

Suede to zespół dość szczególny i to nie tylko z tego względu, że jako jedyny może poszczycić się tym, że posiadam pełną jego dyskografię studyjną, zarówno na płytach CD jak i na winylach czerniawych (nawet Depesze najukochańsi moi tego zaszczytu póki co nie dostąpili). Wybuchli we wczesnych dziewięćdziesiątych zdobywając ogromną popularność i uznanie, głównie w Wielkiej Brytanii. Polska nigdy nie była bastionem wielbiących ich fanów, niemniej sądzę, że sympatyków niemało by się u nas podówczas znalazło. Wydali wtedy 5 płyt studyjnych: trzy pierwsze były na piedestałach ku uciesze gawiedzi wystawiane, dwie ostatnie natomiast - coraz bardziej przez krytykę od czci odsądzane. Skończyło się więc tak, że rok po wydaniu płyty "A New Morning" - w 2003 roku zespół zawiesił działalność.


Cisza studyjna trwała lat dziesięć. Wcześniej jednakże coś się w obozie Suede zaczęło dziać wskazującego, że będzie dobrze. Od około 2010 roku znów zaczęli koncertować, wydali jakąś the-best-ówkę, potem się okazało, że coś tam piszą sobie nowego i zaczynają to nagrywać. Bomba wybuchła w styczniu 2013, gdy udostępnili za darmo pierwszy utwór z płyty - "Barriers". Ja byłem oczarowany - było tak jak gdyby dziesięcioletniej przerwy nigdy nie było:


Obraz upływ dziesięciu lat niestety już zdradza - Bretta Andersona ząb czasu dał radę już nieco pokąsać (jako wokalista jednak będzie poddany głównie tu osądowi, ale taka już dola wokalistów niestety, że na świeczniku zawsze). Dzięki Bogu, że głos nie poddaje się takim czasu prawidłom jak wygląd zewnętrzny i brzmi Brett wciąż wspaniale, zarówno wspinając się w wysokie partie wokalne, jak i zjeżdżając depresyjnie w doły najniższe. A umie on to jak mało kto. Może nikt nawet.


Miesiąc po "Barriers" ukazał się pierwszy pełnoprawny singiel z płyty - "It Starts And Ends With You" - i początkowo mego entuzjazmu już tak mocno nie wzbudził. Dojrzał jednak dość szybko (a może to ja dojrzałem?) i w tej chwili jest to jeden z moich z tej płyty faworytów. Zachwyconym, gdy Anderson schodzi swym głosem w mroczne niziny śpiewając o wyciekającym życiu. Mniam. Gitary dźwięczą jakby wciąż trwała w najlepsze połowa lat dziewięćdziesiątych. Czasu wehikuł jak ta lala.


Mimo obaw, że powrót po dekadzie może służyć jedynie próbie odcinania kuponów, okazuje się, że płyta "Bloodsports" wcale taką się nie jawi. Co ciekawe - chociaż ich granie i sposób tworzenia kompozycji nie zmienił się jakoś szczególnie przez te lata, całość brzmi zadziwiająco świeżo, a takie rzeczy jak kolejny singiel - "Hit Me" - spokojnie mogłyby się znaleźć na ich najlepiej sprzedającym się albumie "Coming Up" z 1996 roku.


Fajne w tej płycie jest to, że w każdym utworze można znaleźć to coś, co urzeknie. W "Sabotage" - utworze jakich pozornie Suede ma wiele - jest to na przykład dwa razy grane w drugiej połowie utworu gitarowe solo. Uwielbiam, wzlatuję i odpływam w momencie, gdy to solo wchodzi. Jest pięknie.


Jeśli już miałbym się czegoś czepiać w tej płycie i to tak naprawdę na siłę, to głównie braku jakiegoś monumentalnego wolnego kawałka w stylu "The 2 Of Us", "The Wild Ones" czy "Still Life". Gdyby pojawiło się coś takiego, byłaby to płyta naprawdę genialna. Wciąż jednak pozostaje płytą bardzo dobrą.


Jak wiele bardzo dobrych płyt w mej kolekcji, również i tą posiadam i w wersji cyfrowej i analogowej. Czym się oczywiście już chwaliłem, ale co tam - jest to wg mnie całkiem niezgorsza rekomendacja. Jeśli wpadnie Wam gdzieś w oko ta płyta, a w dodatku w latach dziewięćdziesiątych rozpływaliście się przy "The Wild Ones" lub skakaliście do "Trash" - bierzcie płytę "Bloodsports" w ciemno. Wszelkie późniejsze skargi i zażalenia można potem umieszczać w komentarzach do posta w godzinach od 8 do 15. 

O Suede z całą pewnością na tym blogu będzie jeszcze nie raz i nie dwa. Bo to z całą pewnością zespół wart przedstawienia szerszemu gronu czytelników tegoż bloga. W szalonej liczbie dwóch (słownie: dwóch). Ależ ze mnie optymista niepoprawny...

A na zakończenie klasyczne Suede z ostatniej płyty - "Snowblind":