Zdarzyło mi się nieraz wcielać w wyimaginowaną rolę czytelników bloga owego i doszedłem do wniosku, że wyzwaniem niemałym jest przedzieranie się przez treść tegoż. Brzmię bowiem w postach kolejnych niby jakiś radośnie naćpany jegomość, któremu wszystko, co się tylko na uszy nawinie, jawi się jako objawienie cudowi bliskie. Zdało mi się to być nierealnym nieco - nie wszystko wszak wokół nas jest aż tak cudowne, piękne i w ogóle och ach, by jedynie w tego typu opinie osąd swój owijać. Dziś więc będzie o płycie solidnej, acz nie cudownie boskiej. Dobrej, bardzo nawet, ale czy genialnej? Ciężko jest mi póki co to stwierdzić, gdyż uszęta me katuję nią od dni raptem nastu.
Zespół MUSE bardzo lubię i szanuję, acz uwagę mą mocniej zwrócił dość późno, bo dopiero w 2006 roku przy okazji singla "Starlight", a był to już dwunasty rok bytności zespołu na scenie światowej i okolice czwartej ich płyty. Znaczy - wiedziałem i słyszałem co nieco o nich już wcześniej, ale dopiero "Starlight" zwróciło me ucho na nich wnikliwiej. Do tego stopnia, że uważam utwór ten za ich dzieło - zda się - najwybitniejsze. W mej ocenie najskromniejszej, rzecz jasna. Posłuchajcie jak to kręci. Mistrzostwo świata.
Od tamtej pory karierę ich śledzę wnikliwiej, płyty kupuję i w ogóle. Niemniej jednak ostatnie ich dzieło studyjne - płyta "The 2nd Law" z 2012 roku - jakoś mnie nie zainteresowało szczególnie. Ani "Survival", będący pierwszą jaskółką zwiastującą nowy krążek i do tego jeszcze promującą Igrzyska Olimpijskie z 2012 roku w Londynie, ani kolejny, "właściwy" singiel - "Madness" - mnie nie zachwyciły ani nie sprawiły, że się kolejną studyjną płytą Muse zainteresowałem. Błąd mój. Nie pierwszy zresztą i zapewne nie ostatni.
Szansę kolejną płyta owa otrzymała przy okazji filmu "World War Z". Film nieszczególny, zwłaszcza jak się "The Walking Dead" ogląda. Niemniej typ ze mnie taki, że uwagę na muzykę w filmie zwracam niemałą. I tu mnie muzyka dość mocno zainteresowała, więc napisy końcowe filmu zmęczyłem, by dowiedzieć się, że Muse właśnie dostarczyło ze swej płyty ostatniej instrumentalne wersje swych dwóch utworów. Niemniej zbyt mało to było, bym płytą się żywiej zainteresował. Musiała ona zaczekać na kolejny wypadków splot szczęśliwy.
Nawinął się takowy całkiem niedawno. Okazało się, że cena płyty do dwudziestu złotych polskich bez grosza jednego opadła (co stanowi ok. 40 % ceny dotychczasowej), uznałem więc (w końcu), że nabyć warto. Oj, warto.
Szczurza morda - płyta to zaiste solidna. Bez fajerwerków i zbędnego się podniecenia, ale naprawdę nie ma się do czego na tymże krążku się przyczepić. Może trochę niepotrzebne wydaje się wydzielenie takich instrumentalnych fragmentów jak "Prelude" czy "The 2nd Law: Unsustainable", ale - tak prawdę mówiąc - gdyby stanowiły część poprzedzających je utworów, to w samej muzyce nic by to nie zmieniło. Jedynie układ utworów na płycie zmniejszyłby się do jedenastu. A czy to aż tak ważne? No nie. Właśnie.
Jak już się przebrnie pierwsze, nieco przekombinowane "Supremacy", to się zaczyna przebojowa jazda. "Madness", które po pierwszym przesłuchaniu jakoś mię nie uwiodło, teraz zarządza i zdaje się być jeśli nie najlepszym, to z całą pewnością najbardziej przebojowym utworem na płycie. Czad na maksa. Słuchawki na uszy i jazda. Serio. Głos Bellamy'ego intrygująco uwodzi jak zwykle.
W tle pobrzmiewają elektroniczne pobrzęki, dzięki którym płytę tą część recenzentów określiła jako "Muse sprzedało się dubstepowi". Bzdura oczywiście, ale kto recenzentom zabroni. W kolejce następny czeka "Panic Station", który bez wysiłku najmniejszego zaprzecza temu bezsensownemu zaszufladkowaniu.
Fajnie, że przy okazji tejże płyty Muse jeszcze silniej flirtują z elektroniką, którą osobiście bardzo lubię i uważam, że na tym właśnie krążku sprawdził się ten mariaż świetnie. Nawet ten "Survival", który od początku mi się nie widział i tak prawdę mówiąc trochę mi "skreślił" na dzień dobry tą płytę, fantastycznie się na niej sprawdza. Jeśli jakiś zespół ma być odpowiednikiem Queen w XXI wieku - niech będzie to Muse - "Survival" wydaje się to potwierdzać dobitnie. Jeśli jakiś zespół ma być monumentalny - niech będzie to właśnie Muse, nie U2 czy Coldplay (które bardzo lubię, ale które już wyczerpały swą formułę w tym temacie). Olimpijskie "Survival" jest tego najlepszym argumentem. Pobrzmiewają w nim echa Queen-owych "Bohemian Rhapsody" czy "Innuendo", o plagiacie czy kopii jednak nie może być w żadnym wypadku mowy. Jeśli jakiś zespół aspiruje na chwilę obecną do miana wielkiego, jest nim właśnie Muse.
Płyta "The 2nd Law" zarządza. Trzeba tylko było dać jej szansę. Lepiej późno niż wcale, mawiają. Racja, powiadam. Kolejna płyta katowana w mym samochodzie. Nie nudzi się, różnorodna, cały czas daje czadu. Żałuję niemało i często, że nie uczestniczyłem w żadnym koncercie Muse jak dotąd, choć okazje były. Mam nadzieję nadrobić. Żegnam się jednym z mych najulubieńszych z płyty - "Big Freeze":
P.S. Tak, wiem, że "Muse" wcale nie znaczy "mus". I co z tego? :)
P.S.2. Szlag. Znów wyszedł ociekający zachwytem bełkot. Nie umiem inaczej o muzyce, którą uwielbiam. No nie umiem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz