poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Cud, MUTE i cukiereczki

Erasure. Dziwny to zespół. Niby w drugiej połowie lat 80-tych i pierwszej 90-tych tłukli hit za hitem, a długograje ichnie obowiązkowo lądowały na pierwszym miejscu w Zjednoczonym Królestwie (a wtedy znaczyło to naprawdę wiele), a łapę dam sobie uciąć, że kojarzy ich mało kto. I wcale nie chodzi tu o to, że od czasu ich ostatnich sukcesów właśnie bije druga dekada, bo drugą z łap pod topór kładę, że i te dwadzieścia lat wstecz niewielu (przynajmniej w naszym kraju pięknym) ich znało trochę bardziej, niż na zasadzie "aaaaa... słyszałem to w radiu... jak oni się nazywają?". No właśnie. Na domiar złego ta nazwa, która fonetycznie się układa w coś w stylu "jurejżyr" - no nie ma jak ich skojarzyć i spamiętać.

A ja znam. Można by pomyśleć, że mi łatwiej było, gdyż jeden z założycieli Erasure - Vince Clarke - był wcześniej również założycielem moich ulubieńców - Depeche Mode. Niemniej jednak w momencie Erasure'owatej muzyki ulubienia tego faktu byłem jeszcze nieświadom. Pierwszy bowiem z nimi kontakt miałem w 1989 roku: na komunijnym prezencie - magnetofonie (nie, nie był to słynny Kasprzak, ale też coś polskiego to było, Diora jakaś czy cuś...) nagrałem sobie z radia kilka ich piosenek, nie wiedząc zupełnie kto oni są. Po prostu mi to w ucho zapadło i tyle. Później dopiero, gdy zacząłem bardziej studiować historię Depeszów, wyszły owe koligacje niemal rodzinne ze współtwórcą Erasure.


Dla mnie od zawsze Erasure był takim "singlowym" zespołem. Single - szczególnie te z lat 80-tych - zamiatały uszęta dokumentnie swoim chwytliwie cukierkowatym syntezatorowym brzmieniem. Płyty ich natomiast już mi tak płynnie się w ucho nie wlewały. Owszem, oprócz singlowych kawałków zawsze się na płycie trafiły ze dwa fajne numery, ale to tyle. Podobnie mam z Pet Shop Boys - single świetne (znów - w szczególności te z 80-tych), płyty natomiast - różnie. Dlatego też jeżeli chodzi o Erasure mam w swej kolekcji głównie single, składankę typu The Best Of i jedną płytkę studyjną. I składanka właśnie przyczynkiem jest notki tejże.


Dwupłyt zatytułowany "Total Pop! - The First 40 Hits" ukazał się już lat temu pięć, a i ja sam posiadam go już lat kilka. Niemniej niedawno sprawił mi był on niespodziankę. Przyjemną. Zanim jednak o niej, troszeńkę o samym składaku. Dwie płyty, z których pierwsza pokrywa okres od roku 1985 do 1992, druga natomiast reprezentuje lata 1994 - 2007. Jak wspomniałem, lata 80-te zdecydowanie obfitsze były dla Erasure w hitowe single i pierwsza płyta jest w zasadzie takim samograjem - od początku do końca samego radosne mniej lub bardziej granie syntezatorowe z wokalem Andy'ego Bella, potrafiącego śpiewać bardzo nisko, ale i w falset uderzyć ładnie jest mu dane. Bo umie. Moim najulubieńszym z tego składu jest "You Surround Me". Genialny, przeuwielbieniem darzę niezmiennie od lat. Fantastyczne osiemdziesiąte.



Kolejny z tamtego okresu utwór, który mi serduchem i uszami zawładnął niepomiernie, to pochodzący z 1991 roku "Chorus". Pamiętam jak bardzo wtedy podobał mi się klip do tego kawałka, ale sam utwór po tysiąckroć jest lepszy. Kojarzy ktoś? No właśnie, a hicior to był wtedy niewąski.


Potem już nastały i się rozsiadły wygodnie lata 90-te, które okazały się być zmierzchem sukcesów Erasure. W roku 1994 ukazał się album "I Say I Say I Say" będący ich największym sukcesem komercyjnym, wraz z przebojowymi singlami "Always" i "Run To The Sun". Otwierają one drugą płytę składanki. Zdecydowanie preferuję drugi z nich. A, i w ramach ciekawostki: srebrnym chłopakiem w tym klipie jest sam Jason Statham, znany choćby z filmów "Przekręt" ("Snatch"), "Adrenalina" ("Crank") czy serii "Transporter".



A później się zaczęło u chłopaków psuć. Znaczy się sprzedażowo, komercyjnie. Płyty wciąż wydawali, acz rzadziej (co też zapewne miało wpływ na ich słabszą sprzedaż). Zaczęli też kombinować z brzmieniem i samymi kompozycjami, które przestały być tak lekko w ucho lecące. Chociaż wciąż zdarzały im się takie perły jak "Fingers And Thumbs". Hit to to nie był może zbyt wielki, ale piosnka podoba mi się szalenie.


I tak bym wstawiał i wstawiał te klipy bez końca niemal. Lubię takie brzmienie elektroniczne, co dziwnym wszak nie jest. Do tego ichnie kompozycje są naprawdę kwintesencją takiego przyjemnego synth-popu, tacy trochę bracia bliźniacy Pet Shop Boys właśnie. Mniej znani bracia bliźniacy. Brzmi to może nieco jak jakieś "guilty pleasure" dla mnie, i chyba nieco jednak bliżej jest tego typu twórczości do Modern Talking niż do Depeche Mode, ale poradzić nic na to nie mogę, że bardzo mi się ta ich singlowa twórczość podoba i towarzyszy mi od lat. Niemniej pora już chyba najwyższa do sedna podejść, znaczy się - do wspomnianego przyczynku powstania tego postu.


Drugą płytę z tego zestawu od zawsze traktowałem nieco po macoszemu. Jak pisałem - od 1995 roku szczęście Erasure do pisania chwytliwych melodii (bo teksty to oni zawsze mieli jakieś takie dziwnawe) było takie dość losowe. Pierwszej płyty z zestawu mogłem słuchać od początku do końca, bez przeskakiwania utworów, z drugą już tak różowo nie było. W odtwarzaczu gościła rzadko, mogła w zasadzie liczyć głównie na szczęśliwe strzały losowego odtwarzania w Winampie. A przy ponad 8 tysiącach utworów w mojej playliście określenie "szczęśliwy strzał" naprawdę oznacza to co ma oznaczać. No i właśnie dni temu kilka taki strzał się przydarzył. Los wskazał na utwór "Here I Go Impossible Again", który ma faktycznie taki nieszczególnie szczęśliwy początek, dlatego najczęściej zanim się utwór zdążył na dobre rozkręcić, już go przełączałem. Tym razem tak się nie stało. I - kurczę - jestem oczarowany. Mam pełną świadomość, że to nie jest jakaś muza przeambitna i głęboka, ale ujęła mnie i pociągnęła mocno. Do tego stopnia, że w zasadzie od tych kilku dni słucham niemal tylko tego utworu. Piszę "niemal", bo postanowiłem dać szansę kolejnemu utworowi znajdującego się przed "Here I Go Impossible Again", czyli "Don't Say You Love Me". I teraz sobie lecą oba te kawałki u mnie na zmianę.



Napełniają mnie oba te utwory jakimś takim niebezpiecznie melancholijnym nastrojem, więc ostatnie parę dni jestem w takim stanie dziwnie zamyślonym. Bardzo kojarzą mi się z jakimiś takimi niezdefiniowanymi, ale z pewnością szczęśliwymi chwilami, gdzieś tam kiedyś... Nie potrafię ich złapać, uchwycić, wiem tylko, że już minęły.

To ponudziłem. Dobrze, że Vince Clarke założył Depeche Mode i dobrze, że z niego odszedł po nagraniu pierwszej ich płyty. Wystarczy tego lukru na debiucie DM. No i trochę jeszcze na drugiej płycie, siłą rozpędu tak nieco chyba. Dobrze, że założył Erasure i się w nim wspaniale spełnia. Oby jeszcze wiele takich radosnych kawałków z Bellem dostarczali. Howgh.

P.S. Cud - bo muza cudna, cukiereczki - bo, wiadomo, cukierkowata ta muza. A czemu MUTE? Bo chłopaki nagrywają dla wytwórni MUTE właśnie.

środa, 9 kwietnia 2014

Insynuacja jest prosta: Królowa jest tylko jedna.

Nie bardzo wiem jak notkę zacząć. Może to ciężar legendy, z której opisaniem planuję się tu zmierzyć? Niby mnie nigdy takie dylematy nie dotykały, ale może tym razem...

Chyba nie ma takiego odważnego, który by zespołu Queen nie darzył jakimiś pozytywnymi emocjami czy odczuciami. Nawet jeśli komuś twórczość ichnia niespecjalnie leży, to szacunkiem jakimś i estymą minimalną chociaż ich darzy. Osobiście Queen znam głównie z singlowych przebojów i dwóch ostatnich płyt studyjnych nagranych jeszcze za życia Freddiego: "The Miracle" i "Innuendo". Dziś sobie poopowiadamy bajki o drugiej z nich.



Cudowniejszego epitafium nie mógłby sobie Freddie Mercury wymarzyć. Ostatnia za jego życia płyta macierzystej kapeli to dzieło ze wszech miar wybitne, niemal idealne. Brzmi podniośle, monumentalnie. Wokal Mercury'ego przecudny i wielki, ciężko wręcz uwierzyć, że to były ostatnie miesiące jego życia. Ale show musi trwać...


Ileż w nim jeszcze było siły i chęci, by śpiewać takie teksty. I to w taki sposób. Choroba odebrała mu już co prawda większość sił, więc klipy do "Show Must Go On" i "Innuendo" to w zasadzie kolaże klipów z przekroju całej kariery Queen, ale mimo wszystko udało mu się wykrzesać te resztki energii, by osobiście pojawić się w dwóch obrazach promujących tą płytę. "I'm Going Slightly Mad" idealnie oddaje obrazem tekst utworu, jednocześnie pokazując jak wszechstronnym człowiekiem był Freddie. A gdy śpiewa niskim głosem jak to zaczyna mu ździebko odwalać - ciężko mu nie wierzyć...


Zdecydowanie jeden z moich ulubionych kawałków Queen ever, zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Końcówka - "and there you have it" - i obowiązkowo ciary mkną po ciele.

Najbardziej jednak poruszającym obrazem z tamtego okresu jest klip do "These Are The Days Of Our Lives". Tu już widać jak na dłoni wyniszczającą chorobę Mercury'ego. Kolejny - obok "Show Must Go On" - tekst traktujący o przemijaniu. I, co ciekawe, żaden z nich nie został napisany przez Freddiego. Piękny utwór, śliczny. Patrząc jak na końcu Freddie mówi "I still love you" naprawdę trudno się nie wzruszyć. Mi się chce wyć za każdym razem. Ale przy tym albumie mam tak bardzo często. Łzy mają wtedy swoje święto.


Nieprawdopodobnym zdaje się, że pod tą grubą warstwą makijażu starającą się ukryć widoczne symptomy choroby ten facet wciąż się dobrze bawił. Nic na pół gwizdka, we wszystko co robił wkładał całego siebie.


Trochę od tyłka strony poszedłem, bo "Show Must Go On" jest ostatnim utworem na płycie, na koniec zaś zostawiłem sobie otwierający płytę utwór tytułowy. Znów się teraz będę w zachwytach rozpływał, więc jak macie dość, to możecie odpuścić czytanie, bo obawiam się, że tak już będzie do końca notki. "Innuendo" wspaniałym utworem jest i dwóch zdań na ten temat nie ma. Muzycznie bardzo rozbudowany i różnorodny. Uwodząco działa na mnie szczególnie jego mroczny początek. No i ten wokal. Rany, jak pomyślę, że facet był trawiony przez choróbsko i umierał, a przy tym był w stanie nagrać tak wokalnie (nie tylko wokalnie zresztą) wspaniałą płytę. Na kolana normalnie, wszyscy. I do tego ten pojechany klip.


Znów pobrzmiewa Queen-owe flirtowanie z muzyką operową, znów w jednym tylko utworze dzieje się tyle, ile czasem nie dzieje się na całych płytach innych wykonawców. Znów obowiązkowo ciary. Znów zmysły przeciążone do granic przy końcowym "till the end of time".


Płyta - ideał. Bez słabości nawet najmniejszych. Wypunktowałem jeno single, a przecież są tu takie cuda i perły jak "Ride The Wild Wind" czy "Bijou". Dwanaście utworów brzmiących niczym "The Best Of", a nie płyta wieńcząca karierę zespołu. Tym bardziej więc cieszy, że japoński oddział wytwórni Universal przygotował wydanie tej płyty (a także wszystkich pozostałych z katalogu Queen) w formie iście królewskiej. Wydanie to jest w formacie SHM-SACD, co przekłada się na brzmienie niedostępne dla zwykłych płyt CD. Kosztuje niebotycznie dużo (wraz z przesyłką z Japonii kosztowała mnie ta płyta niemal półtorej stówki i ponad miesiąc nerwowego oczekiwania), ale jest tego warta. Szkoda, że nagranie jest tylko w stereo, a nie w wersji wielokanałowej, ale cóż - nie można mieć wszystkiego. Na półce mej ponadto gdzieś się jeszcze pałęta winyl wydany przez polski MJM, lecz jakość dźwiękowa tegoż placka zbyt szczególną nie jest, więc jedynie odnotowuję stan posiadania.



To jedna z tych płyt, które mnie skłaniają do refleksji "co by było gdyby". Jak wyglądałyby kolejne płyty Queen, gdyby Mercury nadal żył, skoro muzycznie byli wtedy na fali ewidentnie wznoszącej i potencjał był przeogromny. Niestety, tego już się nie dowiemy. Ogromnie szkoda. Niby wiem, że na własne życzenie niejako jego życie potoczyło się tak, jak się potoczyło, ze smutnym finałem w szczególności. Niemniej jak sobie pomyślę, co jeszcze mogliby nagrać, co jeszcze moglibyśmy usłyszeć, nic nie poradzę na to, że serce mi krwawi.

P.S. Notka ewidentnie skupiona na Freddie'm, z praktycznie kompletnym pominięciem pozostałych chłopaków z zespołu. Sorki, panowie. Przy następnej o Was notce się poprawię.

wtorek, 8 kwietnia 2014

MUS nieco elektryczny

Zdarzyło mi się nieraz wcielać w wyimaginowaną rolę czytelników bloga owego i doszedłem do wniosku, że wyzwaniem niemałym jest przedzieranie się przez treść tegoż. Brzmię bowiem w postach kolejnych niby jakiś radośnie naćpany jegomość, któremu wszystko, co się tylko na uszy nawinie, jawi się jako objawienie cudowi bliskie. Zdało mi się to być nierealnym nieco - nie wszystko wszak wokół nas jest aż tak cudowne, piękne i w ogóle och ach, by jedynie w tego typu opinie osąd swój owijać. Dziś więc będzie o płycie solidnej, acz nie cudownie boskiej. Dobrej, bardzo nawet, ale czy genialnej? Ciężko jest mi póki co to stwierdzić, gdyż uszęta me katuję nią od dni raptem nastu.


Zespół MUSE bardzo lubię i szanuję, acz uwagę mą mocniej zwrócił dość późno, bo dopiero w 2006 roku przy okazji singla "Starlight", a był to już dwunasty rok bytności zespołu na scenie światowej i okolice czwartej ich płyty. Znaczy - wiedziałem i słyszałem co nieco o nich już wcześniej, ale dopiero "Starlight" zwróciło me ucho na nich wnikliwiej. Do tego stopnia, że uważam utwór ten za ich dzieło - zda się - najwybitniejsze. W mej ocenie najskromniejszej, rzecz jasna. Posłuchajcie jak to kręci. Mistrzostwo świata.


Od tamtej pory karierę ich śledzę wnikliwiej, płyty kupuję i w ogóle. Niemniej jednak ostatnie ich dzieło studyjne - płyta "The 2nd Law" z 2012 roku - jakoś mnie nie zainteresowało szczególnie. Ani "Survival", będący pierwszą jaskółką zwiastującą nowy krążek i do tego jeszcze promującą Igrzyska Olimpijskie z 2012 roku w Londynie, ani kolejny, "właściwy" singiel - "Madness" - mnie nie zachwyciły ani nie sprawiły, że się kolejną studyjną płytą Muse zainteresowałem. Błąd mój. Nie pierwszy zresztą i zapewne nie ostatni.

Szansę kolejną płyta owa otrzymała przy okazji filmu "World War Z". Film nieszczególny, zwłaszcza jak się "The Walking Dead" ogląda. Niemniej typ ze mnie taki, że uwagę na muzykę w filmie zwracam niemałą. I tu mnie muzyka dość mocno zainteresowała, więc napisy końcowe filmu zmęczyłem, by dowiedzieć się, że Muse właśnie dostarczyło ze swej płyty ostatniej instrumentalne wersje swych dwóch utworów. Niemniej zbyt mało to było, bym płytą się żywiej zainteresował. Musiała ona zaczekać na kolejny wypadków splot szczęśliwy.

Nawinął się takowy całkiem niedawno. Okazało się, że cena płyty do dwudziestu złotych polskich bez grosza jednego opadła (co stanowi ok. 40 % ceny dotychczasowej), uznałem więc (w końcu), że nabyć warto. Oj, warto.



Szczurza morda - płyta to zaiste solidna. Bez fajerwerków i zbędnego się podniecenia, ale naprawdę nie ma się do czego na tymże krążku się przyczepić. Może trochę niepotrzebne wydaje się wydzielenie takich instrumentalnych fragmentów jak "Prelude" czy "The 2nd Law: Unsustainable", ale - tak prawdę mówiąc - gdyby stanowiły część poprzedzających je utworów, to w samej muzyce nic by to nie zmieniło. Jedynie układ utworów na płycie zmniejszyłby się do jedenastu. A czy to aż tak ważne? No nie. Właśnie.



Jak już się przebrnie pierwsze, nieco przekombinowane "Supremacy", to się zaczyna przebojowa jazda. "Madness", które po pierwszym przesłuchaniu jakoś mię nie uwiodło, teraz zarządza i zdaje się być jeśli nie najlepszym, to z całą pewnością najbardziej przebojowym utworem na płycie. Czad na maksa. Słuchawki na uszy i jazda. Serio. Głos Bellamy'ego intrygująco uwodzi jak zwykle.


W tle pobrzmiewają elektroniczne pobrzęki, dzięki którym płytę tą część recenzentów określiła jako "Muse sprzedało się dubstepowi". Bzdura oczywiście, ale kto recenzentom zabroni. W kolejce następny czeka "Panic Station", który bez wysiłku najmniejszego zaprzecza temu bezsensownemu zaszufladkowaniu.



Fajnie, że przy okazji tejże płyty Muse jeszcze silniej flirtują z elektroniką, którą osobiście bardzo lubię i uważam, że na tym właśnie krążku sprawdził się ten mariaż świetnie. Nawet ten "Survival", który od początku mi się nie widział i tak prawdę mówiąc trochę mi "skreślił" na dzień dobry tą płytę, fantastycznie się na niej sprawdza. Jeśli jakiś zespół ma być odpowiednikiem Queen w XXI wieku - niech będzie to Muse - "Survival" wydaje się to potwierdzać dobitnie. Jeśli jakiś zespół ma być monumentalny - niech będzie to właśnie Muse, nie U2 czy Coldplay (które bardzo lubię, ale które już wyczerpały swą formułę w tym temacie). Olimpijskie "Survival" jest tego najlepszym  argumentem. Pobrzmiewają w nim echa Queen-owych "Bohemian Rhapsody" czy "Innuendo", o plagiacie czy kopii jednak nie może być w żadnym wypadku mowy. Jeśli jakiś zespół aspiruje na chwilę obecną do miana wielkiego, jest nim właśnie Muse.


Płyta "The 2nd Law" zarządza. Trzeba tylko było dać jej szansę. Lepiej późno niż wcale, mawiają. Racja, powiadam. Kolejna płyta katowana w mym samochodzie. Nie nudzi się, różnorodna, cały czas daje czadu. Żałuję niemało i często, że nie uczestniczyłem w żadnym koncercie Muse jak dotąd, choć okazje były. Mam nadzieję nadrobić. Żegnam się jednym z mych najulubieńszych z płyty - "Big Freeze":


P.S. Tak, wiem, że "Muse" wcale nie znaczy "mus". I co z tego? :)
P.S.2. Szlag. Znów wyszedł ociekający zachwytem bełkot. Nie umiem inaczej o muzyce, którą uwielbiam. No nie umiem.