Erasure. Dziwny to zespół. Niby w drugiej połowie lat 80-tych i pierwszej 90-tych tłukli hit za hitem, a długograje ichnie obowiązkowo lądowały na pierwszym miejscu w Zjednoczonym Królestwie (a wtedy znaczyło to naprawdę wiele), a łapę dam sobie uciąć, że kojarzy ich mało kto. I wcale nie chodzi tu o to, że od czasu ich ostatnich sukcesów właśnie bije druga dekada, bo drugą z łap pod topór kładę, że i te dwadzieścia lat wstecz niewielu (przynajmniej w naszym kraju pięknym) ich znało trochę bardziej, niż na zasadzie "aaaaa... słyszałem to w radiu... jak oni się nazywają?". No właśnie. Na domiar złego ta nazwa, która fonetycznie się układa w coś w stylu "jurejżyr" - no nie ma jak ich skojarzyć i spamiętać.
A ja znam. Można by pomyśleć, że mi łatwiej było, gdyż jeden z założycieli Erasure - Vince Clarke - był wcześniej również założycielem moich ulubieńców - Depeche Mode. Niemniej jednak w momencie Erasure'owatej muzyki ulubienia tego faktu byłem jeszcze nieświadom. Pierwszy bowiem z nimi kontakt miałem w 1989 roku: na komunijnym prezencie - magnetofonie (nie, nie był to słynny Kasprzak, ale też coś polskiego to było, Diora jakaś czy cuś...) nagrałem sobie z radia kilka ich piosenek, nie wiedząc zupełnie kto oni są. Po prostu mi to w ucho zapadło i tyle. Później dopiero, gdy zacząłem bardziej studiować historię Depeszów, wyszły owe koligacje niemal rodzinne ze współtwórcą Erasure.
Dla mnie od zawsze Erasure był takim "singlowym" zespołem. Single - szczególnie te z lat 80-tych - zamiatały uszęta dokumentnie swoim chwytliwie cukierkowatym syntezatorowym brzmieniem. Płyty ich natomiast już mi tak płynnie się w ucho nie wlewały. Owszem, oprócz singlowych kawałków zawsze się na płycie trafiły ze dwa fajne numery, ale to tyle. Podobnie mam z Pet Shop Boys - single świetne (znów - w szczególności te z 80-tych), płyty natomiast - różnie. Dlatego też jeżeli chodzi o Erasure mam w swej kolekcji głównie single, składankę typu The Best Of i jedną płytkę studyjną. I składanka właśnie przyczynkiem jest notki tejże.
Dwupłyt zatytułowany "Total Pop! - The First 40 Hits" ukazał się już lat temu pięć, a i ja sam posiadam go już lat kilka. Niemniej niedawno sprawił mi był on niespodziankę. Przyjemną. Zanim jednak o niej, troszeńkę o samym składaku. Dwie płyty, z których pierwsza pokrywa okres od roku 1985 do 1992, druga natomiast reprezentuje lata 1994 - 2007. Jak wspomniałem, lata 80-te zdecydowanie obfitsze były dla Erasure w hitowe single i pierwsza płyta jest w zasadzie takim samograjem - od początku do końca samego radosne mniej lub bardziej granie syntezatorowe z wokalem Andy'ego Bella, potrafiącego śpiewać bardzo nisko, ale i w falset uderzyć ładnie jest mu dane. Bo umie. Moim najulubieńszym z tego składu jest "You Surround Me". Genialny, przeuwielbieniem darzę niezmiennie od lat. Fantastyczne osiemdziesiąte.
Kolejny z tamtego okresu utwór, który mi serduchem i uszami zawładnął niepomiernie, to pochodzący z 1991 roku "Chorus". Pamiętam jak bardzo wtedy podobał mi się klip do tego kawałka, ale sam utwór po tysiąckroć jest lepszy. Kojarzy ktoś? No właśnie, a hicior to był wtedy niewąski.
Potem już nastały i się rozsiadły wygodnie lata 90-te, które okazały się być zmierzchem sukcesów Erasure. W roku 1994 ukazał się album "I Say I Say I Say" będący ich największym sukcesem komercyjnym, wraz z przebojowymi singlami "Always" i "Run To The Sun". Otwierają one drugą płytę składanki. Zdecydowanie preferuję drugi z nich. A, i w ramach ciekawostki: srebrnym chłopakiem w tym klipie jest sam Jason Statham, znany choćby z filmów "Przekręt" ("Snatch"), "Adrenalina" ("Crank") czy serii "Transporter".
A później się zaczęło u chłopaków psuć. Znaczy się sprzedażowo, komercyjnie. Płyty wciąż wydawali, acz rzadziej (co też zapewne miało wpływ na ich słabszą sprzedaż). Zaczęli też kombinować z brzmieniem i samymi kompozycjami, które przestały być tak lekko w ucho lecące. Chociaż wciąż zdarzały im się takie perły jak "Fingers And Thumbs". Hit to to nie był może zbyt wielki, ale piosnka podoba mi się szalenie.
I tak bym wstawiał i wstawiał te klipy bez końca niemal. Lubię takie brzmienie elektroniczne, co dziwnym wszak nie jest. Do tego ichnie kompozycje są naprawdę kwintesencją takiego przyjemnego synth-popu, tacy trochę bracia bliźniacy Pet Shop Boys właśnie. Mniej znani bracia bliźniacy. Brzmi to może nieco jak jakieś "guilty pleasure" dla mnie, i chyba nieco jednak bliżej jest tego typu twórczości do Modern Talking niż do Depeche Mode, ale poradzić nic na to nie mogę, że bardzo mi się ta ich singlowa twórczość podoba i towarzyszy mi od lat. Niemniej pora już chyba najwyższa do sedna podejść, znaczy się - do wspomnianego przyczynku powstania tego postu.
Drugą płytę z tego zestawu od zawsze traktowałem nieco po macoszemu. Jak pisałem - od 1995 roku szczęście Erasure do pisania chwytliwych melodii (bo teksty to oni zawsze mieli jakieś takie dziwnawe) było takie dość losowe. Pierwszej płyty z zestawu mogłem słuchać od początku do końca, bez przeskakiwania utworów, z drugą już tak różowo nie było. W odtwarzaczu gościła rzadko, mogła w zasadzie liczyć głównie na szczęśliwe strzały losowego odtwarzania w Winampie. A przy ponad 8 tysiącach utworów w mojej playliście określenie "szczęśliwy strzał" naprawdę oznacza to co ma oznaczać. No i właśnie dni temu kilka taki strzał się przydarzył. Los wskazał na utwór "Here I Go Impossible Again", który ma faktycznie taki nieszczególnie szczęśliwy początek, dlatego najczęściej zanim się utwór zdążył na dobre rozkręcić, już go przełączałem. Tym razem tak się nie stało. I - kurczę - jestem oczarowany. Mam pełną świadomość, że to nie jest jakaś muza przeambitna i głęboka, ale ujęła mnie i pociągnęła mocno. Do tego stopnia, że w zasadzie od tych kilku dni słucham niemal tylko tego utworu. Piszę "niemal", bo postanowiłem dać szansę kolejnemu utworowi znajdującego się przed "Here I Go Impossible Again", czyli "Don't Say You Love Me". I teraz sobie lecą oba te kawałki u mnie na zmianę.
Napełniają mnie oba te utwory jakimś takim niebezpiecznie melancholijnym nastrojem, więc ostatnie parę dni jestem w takim stanie dziwnie zamyślonym. Bardzo kojarzą mi się z jakimiś takimi niezdefiniowanymi, ale z pewnością szczęśliwymi chwilami, gdzieś tam kiedyś... Nie potrafię ich złapać, uchwycić, wiem tylko, że już minęły.
To ponudziłem. Dobrze, że Vince Clarke założył Depeche Mode i dobrze, że z niego odszedł po nagraniu pierwszej ich płyty. Wystarczy tego lukru na debiucie DM. No i trochę jeszcze na drugiej płycie, siłą rozpędu tak nieco chyba. Dobrze, że założył Erasure i się w nim wspaniale spełnia. Oby jeszcze wiele takich radosnych kawałków z Bellem dostarczali. Howgh.
P.S. Cud - bo muza cudna, cukiereczki - bo, wiadomo, cukierkowata ta muza. A czemu MUTE? Bo chłopaki nagrywają dla wytwórni MUTE właśnie.











